Nie trzeba mi było tego powtarzać dwa razy, gdyż i tak wyciskałem już z rumaka wszystkie siły. Ścigająca nas istota jednak również mknęła coraz szybciej i miałem wrażenie, że nawet lekko się zbliża. Obawiałem się, że w końcu będę musiał stawić czoła niebezpieczeństwu, chociaż byłem pewien, iż żadne ostrze nie wyrządzi jej krzywdy. Wszakże była stworzona z wody, a nie widziałem jeszcze, by rzeka lub jezioro cierpiały pod ciosami miecza. Pozostawały jedynie modlitwy, moc naszej świętej wiary oraz zbawienna potęga krucyfiksu. Jednak widzicie, mili moi, istnieją na świecie byty wywodzące się z pradawnych czasów, które nie lękają się chrześcijańskich symboli. Możliwe, że modlitwy i aura mej wiary mogłyby powstrzymać wodny żywioł, ale być może był on tylko bronią sterowaną przez kogoś stojącego poza zasięgiem naszego wzroku. A przecież trudno sobie wyobrazić, aby pozbawiona myśli oraz uczuć woda, uformowana magią w przypominający człowieka kształt, mogła się przestraszyć nawet najżarliwszych modlitw. Święte słowa
są w stanie zatrzymać człowieka z mieczem w dłoniach, ale nie potrafią złamać samego miecza.
- W las! - krzyknąłem, gdyż liczyłem na to, że drzewa oraz chaszcze zatrzymają naszego prześladowcę.
Wiedziałem również, że jeśli wodna istota została powołana do życia za pomocą magii, to od czarownika nie może jej oddzielać zbyt duży dystans. Może więc mieliśmy szansę, by uciec? Wierzchowiec Neuschalka potknął się i czarnoksiężnik zawył z przerażenia. Przytulił się do końskiej grzywy i teraz niemal leżał swemu rumakowi na karku, obejmując go ramionami. Obejrzałem się przez ramię. Błękitny maszkaron był coraz bliżej, ale na szczęście zbliżaliśmy się do brzozowego lasu, za którym widziałem już grzbiety wapiennych skał. Mój koń rzęził ciężko, lecz nie zwalniał biegu. I nagle wierzchowiec demonologa potknął się po raz drugi, ale tym razem doktor Neuschalk wyleciał z siodła, jak wyrzucony z procy, i przeleciał przez łeb zwierzęcia, ciężko lądując w trawie. Jedynie cudem uniknął uderzenia kopyt, ale podniósł się ze zdumiewającą szybkością, wyrzucając z siebie równie zdumiewającą litanię przekleństw. Ja tymczasem ściągnąłem wodze, zatrzymałem konia i ruszyłem, by pomóc czarnoksiężnikowi w walce lub ucieczce.