A jednak… w jakiś sposób czujemy, że tego, co dzieje się między Franceską Johnson i Robertem Kincaidem, nie można postawić w jednym rzędzie z historią Luizy de Renal i Juliana Sorela, Emmy Bovary i Rudolfa Boulangera, Anny Kareniny i Aleksego Wrońskiego. To coś więcej, niż nieprzemyślany skok w bok nudzącej się w małżeństwie namiętnej kobiety i niż ślepe zauroczenie. To – dokonane za pomocą wymiany paru zdań – odkrycie wspólnoty myślenia i odczuwania, siły równie potężnej, jak ta, która przyciąga ku sobie dwa ciała. To przeżycie z gatunku niepowtarzalnych, projekcja niespełnionych marzeń i rekompensata za to, co w dotychczasowym życiu nieudane lub nijakie. Piękne i wielkie także dlatego, że Francesca podejmuje taką, a nie inną decyzję, i dlatego, że Robert zgadza się tę decyzję uszanować. Czy pozostałoby takim, gdyby ona jednak postanowiła zignorować swoje poczucie odpowiedzialności, spakowała torbę podróżną i wsiadła na przednie siedzenie furgonetki zwanej Harrym? Albo gdyby on sprowadził swoje rzeczy z
drugiego końca Stanów, wynajął mieszkanie w sąsiednim mieście i czekał na kolejne okazje ukradkowych spotkań – może raz na kilka miesięcy, a może raz na kilka lat? Na to pytanie nikt nam nie odpowie, a każda kobieta, która kiedykolwiek znajdzie się w sytuacji Franceski, sama będzie musiała dokonać wyboru…
Wallerowi udało się uniknąć praktycznie wszystkich grzechów, notorycznie popełnianych przez literatów opisujących miłosne historie. Żadnego przesłodzenia, żadnego łzawego słowolejstwa, a co jeszcze ważniejsze, ani śladu niesmacznej „bezpruderyjności”, będącej niemal znakiem firmowym współczesnych prozaików: okazuje się, że nawet na przełomie XX i XXI wieku da się opisać scenę erotyczną tak wymownie i z taką temperaturą, że papier niemal parzy dłonie, a mimo to bez użycia nazewnictwa rodem z podręczników seksuologii, albo, co gorsza, z pornosów. Jedyne, co być może dałoby się udoskonalić, to niektóre frazy w dialogach, brzmiące nieco zbyt wyszukanie jak na potoczną i pełną emocji rozmowę: „Nie jestem pewien, czy jesteś we mnie lub ja w tobie, ani czy istotnie cię posiadam (…) – Straciliśmy siebie i powstała inna jedność, której byt wynika z zespolenia nas dwojga”; gwoli ścisłości trzeba jednak zauważyć, że wynika to najwyraźniej ze specyfiki języka, bo oryginalny tekst w tym miejscu wygląda o wiele bardziej
zwięźle i naturalnie: “I’m not sure you’re inside of me, or that I am inside of you, or that I own you.(…) - We have both lost ourselves and created something else, something that exists only as an interlacing of the two of us”.