Śnieg zresztą, w tej książce, najwyraźniej nie jest zimny ani mokry, można sobie po nim wędrować wiele dni, nocując pod niesionym wraz z całym ekwipunkiem brezentem i popijając niezamarzniętą wodę ze słoika. Te słoiki to zresztą cisi bohaterowie opowieści – można z nimi w kopnym śniegu pełznąć po rozchwianym moście nad przepaścią, a po jego pokonaniu – odkręcić zakrętkę (!) i przekonać się, że dzielny słoik nie tylko nie pozwolił wodzie zamarznąć, ale nie uronił ani kropli. Ciężko pracująca fizycznie postać może sobie pozwolić nie tylko na codzienne steki w restauracji (do której chadza w brudnym drelichu), ale na mieszkanie w hotelowym pokoju ze sprężynowym łóżkiem i łazienką. W czasach, gdy kobiecie z farmy na wiele lat starczały trzy sukienki: letnia, zimowa i do kościoła, bohaterka brudne ubrania po prostu wyrzuca, bo brzydko pachną. Może zresztą rozpieścił ją mąż, prawdziwy człowiek-orkiestra, który nie tylko własnymi rękami zbudował dom wraz z meblami, toaletką i domkiem dla lalek, ale też jednoosobowo
uprawiał ziemię, doglądał licznych zwierząt, prał, gotował i zmieniał pieluchy oraz uczył pięcioro dzieci, gdy żona znikała na długie miesiące (nie da się tego wytłumaczyć pomocą starszych latorośli, różnica wieku była zbyt mała: kiedy najmłodsze było niemowlęciem, starsze miały pięć, siedem, osiem i dziewięć lat).