Przez cały dzień Louie i Phil jechali na grzbietach fal pod ciemnym, kotłującym się niebem, spoglądali wytężenie ku zachodowi i obserwowali z przytłumionym dreszczem, jak guz na horyzoncie wyłaniał się zza fal. Prądy znosiły ich coraz bliżej, a wyspa nabierała coraz wyraźniejszych kształtów. Widzieli jasną, białą linię tam, gdzie fale biły o coś, może o plażę, może o rafę. Po południu jedna wyspa zamieniła się w dwie, a potem cały tuzin wysp, połączonych jak wagony kolejowe. Rozbitkom zawsze się wydawało, że jeśli jeszcze kiedyś zobaczą ląd, to oszaleją z radości. Teraz tylko omówili sprawę rzeczowo. Na wybuch radości brakło im sił, w dodatku mieli pilne zmartwienie. Zbierało się na ogromny sztorm.