Oblicza głodu
Na świecie głoduje ponad osiemset milionów ludzi. Są pozbawieni horyzontów, perspektyw, skazani na nieuchronność. 9,5 mln spośród nich umrze w ciągu roku. Martin Caparros, autor monumentalnej pracy zatytułowanej "Głód" twierdzi, że jest to klęska cywilizacji, która wyrzuca na śmietnik najuboższych i niepotrzebnych. Wyrzuca zbędnych - tych, którzy są syntezą wydziedziczonych, odpadkami, z którymi nie bardzo wiadomo, co robić.
Porażka
W swej książce pyta, jak opowiedzieć o czymś tak innym, dalekim? Jak opowiedzieć o tych, o których ani nie umiemy, ani nie chcemy myśleć? Jak to zrobić, nie popadając w katastrofizm ani czułostkowość? Pisze, że jego książka to porażka, a badanie czegoś, co stanowi największą klęskę ludzkości, może przynieść tylko klęskę. Być może tak właśnie jest. Jednak zwycięstwem Caparrosa jest to, że liczbom nadał prawdziwe, realne twarze.
Semantyka nędzy
Pięćdziesiąt krajów znajduje się na liście "słabo rozwiniętych". To bardzo dobry eufemizm dla skrawków mapy pełnych nędzy i biedy. Należą do nich m.in. Niger, Angola, Erytrea, Togo, Bangladesz, Zambia - kraje na zawsze odległe nam, sytym. Niedawno trzy z nich awansowały do "krajów rozwijających się". Ta druga kategoria to zresztą również pokaz umiejętności specjalistów od nazewnictwa. Kiedyś była mowa o "krajach zacofanych", dosłownie: "niedorozwiniętych"; dziś są "rozwijające się".
Sytuacja jest w nich tak samo dramatyczna od lat, ale przynajmniej nazwa tchnie optymizmem. Często mówimy również o Krajach Trzeciego Świata. Archaizm ten ma się całkiem dobrze, choć pochodzi jeszcze z czasów, gdy glob można było podzielić na blok kapitalistyczny, komunistyczny i całą resztę - właśnie Trzeci Świat. Dziś, świat podzielić można inaczej, na Blok Krajów Północy i Ten Inny Świat.
Milczenie głodnych
Do Tego Innego Świata należy minimum 128 państw, których PKB jest mniejsze, niż fortuna na koncie najbogatszego człowieka naszego globu. W "krajach słabo rozwiniętych" mieszka ponad 750 milionów ludzi. 11 proc. światowej populacji. Jeśli założymy, że na Ziemi jest obecnie 805 milionów głodujących, to około 275 mln wegetuje na terenach południowej Azji. 25 proc. głodujących - w Indiach, pierwszym państwie pod względem liczby niedożywionych. A jednocześnie, dziesiątym najbogatszym państwie świata. Na pomoc najbiedniejszym przeznaczane jest tam 12 miliardów dolarów rocznie. Około 8 miliardów trafia do urzędników, przedsiębiorców i pośredników. Dzięki m.in. temu procederowi, trzydzieści najbogatszych rodzin Indii posiada tyle, ile 1/3 ludności tego kraju. 77 proc. Hindusów może wydać dziennie mniej, niż pół dolara. To tutaj powstaje co roku nadwyżka 50-60 ton żywności, z którą nie ma co robić, więc się ją eksportuje. Cóż, to dziesiąte miejsce nie wzięło się przecież znikąd.
O głodnych mało się mówi, słabo ich słychać. Kiedyś głód krzyczał - dziś jest milczeniem. Jest sytuacją ludzi pozbawionych prawa do wypowiedzi, albo mówiących tam, gdzie ich nikt nie słucha. Około 50 mln to ofiary sytuacji wyjątkowych, od katastrof po wojny. Reszta głoduje, ponieważ stała się częścią porządku społecznego i ekonomicznego.
Ulubiony moment w ciągu dnia
"Głód" zawiera mnóstwo podobnych statystyk, wstrząsających, przerażających. Jak sam Caparros pisze, liczby pokazują to, co i tak wiemy, tłumacząc to, co oczywiste. Szanujemy je wierząc, że mówią prawdę; to ostatni szaniec współczesnej wiarygodności. Jednocześnie, to najlepszy sposób na zamrożenie rzeczywistości i przeniesienie jej w wygodne rejony abstrakcji. Autor pragnie od tego uciec, więc chwilę po podaniu kolejnych niewyobrażalnych wprost liczb, Caparros nadaje im oblicza. Rozmawia m.in. z Ratumati, która mówi, że w rodzinnym domu nie było źle, bo zawsze było coś do zjedzenia.
Może i czasem nie jedli dzień lub dwa, ale w końcu coś się na talerzu pojawiało. Teraz tego luksusu nie ma. Marzy o krowie, dzięki której wszystko by się zmieniło. Autor zapytał ją, jaki jest ulubiony moment w ciągu dnia. Nie zrozumiała, nawet, gdy pytanie zostało powtórzone przez tłumaczkę. Ulubiony moment dnia, podczas którego próbuje przeżyć, w najlepszym wypadku, za równowartość niespełna dwóch dolarów (jeśli mężowi się powiedzie podczas dorywczych prac)? Dnia, składającego się na wegetację, w której jedynym ukojeniem jest sen, zwieńczony co rano rozpaczą, że znów przyszło przebudzenie?
Bolesne pytania
Pytania naturalne dla nas, sytych, stają się w Tym Innym Świecie nie na miejscu, dziwne, czasem wręcz obraźliwe. Autor pyta Kamlessa, co lubi do jedzenia. Wbijając w dziennikarza nienawistny głos rozmówca odwarkuje, że po prostu lubi jeść, a je to, co zjeść może: kawałek chleba, czasem gotowany ryż. Jest zadowolony, gdy może zjeść cokolwiek. Losy jemu podobnych są bardzo powtarzalne, podobne do siebie, nie sposób jednak ich ominąć, zignorować. Losy te są niczym powolne, monotonne schodzenie, stopniowy schyłek. Każdy z nich staje się udziałem tysięcy ludzi, a konkretne historie to zarazem wielkie opowieści setek milionów głodujących.
"Głód" nie jest klasycznym reportażem, choć, oczywiście, zawiera elementy tego gatunku. To jednak przede wszystkim opowieść o dochodzeniu do istotnych wniosków, rozwiązań. Pytań na świecie jest mnóstwo, mało kto jednak zajmuje się odpowiedziami. Autor meandruje między liczbami a twarzami głodu - opowieściami o tych, którzy go doznają. Czasem nagle przerywa narrację, zwracając się bezpośrednio do czytelnika. Co akurat właściwie teraz jesz? Co jadłeś rano? A wieczorem? Co zjesz jutro? A teraz sobie wyobraź, co znaczy nie wiedzieć, czy jutro cokolwiek znajdzie się na talerzu. Jak, do diabła, możesz żyć wiedząc, że dzieją się takie rzeczy?! Jak każdy z nas może tak żyć?
Śmierć nasza powszednia
Jak sam autor pisze, nieraz myślał sobie, że jego książka powinna być ciągiem pojedynczych opowieści, niczym więcej. Żeby każdy czytał tyle, ile da radę, zastanawiając się, dlaczego czyta albo dlaczego nie czyta. Konstatuje jednak, że tak czy inaczej wpada w pułapkę próby wyjaśnienia, usiłując zrozumieć, znaleźć wytłumaczenie dla spraw, które są nie do przyjęcia.
Nie do przyjęcia jest dlań na przykład fakt, że we wspomnianych Indiach, dziesiątym kraju pod względem zamożności, w państwie ojców i mężów manifestujących swą władzę i wiedzących najlepiej, co jest dobre dla podległych mu istot, nie uznaje się stanu konającego z głodu dziecka za chorobę. Przecież to stan bardzo podobny do naturalnej kondycji, w której żyją rodzice. Jaka to choroba, aberracja skoro niedożywienie jest powszedniością, codziennością? Rodzice nie wiedzą, że życie może wyglądać inaczej. Zresztą skąd mają wiedzieć?
W 2008 roku świat ronił łzy przed ekranem, na którym wyświetlano "Slumdoga". Zajadając popcorn i popijając go colą, dumał nad ciężkim losem mieszkańców hinduskich slumsów. W "Głodzie" przeczytamy, że dla 100 000 ludzi takie slumsy to przywilej. Sto tysięcy mieszkańców chodników marzy o tym, by być wśród 160 mln szczęśliwców i tam zamieszkać. Tylko że o nich nikt nie nakręci Oscarowego filmu, ich nędza jest za mało medialna, efektowna.
Goście Nerona
W "Rocznikach" Tacyta znajdziemy opowieść o tym, że Neron otworzył pewnego razu swoje ogrody dla każdego, kto był kimś: dla senatorów, arystokracji, kronikarzy, poetów, mędrców; jednym słowem, dla całego wielkiego, rzymskiego świata. Wyniknął z tego drobny problem - nie bardzo było jak oświetlić ogromne połacie terenu. Ponieważ był to człowiek o pomysłach co najmniej niebanalnych, szybko znalazł rozwiązanie. Kazał sprowadzić przestępców i spalić ich, by zapewnić światło. Przyjęcie podobno znakomicie się udało. Indyjski dziennikarz, Palagummi Sainath, a za nim sam Capparos zastanawiają się, kim byli zaproszeni przez Nerona ludzie? Jak można było opychać się kolejnymi figami i żłopać wino, gdy obok płonęli ludzie, aby im wszystkim było trochę jaśniej? Przecież to była śmietanka społeczeństwa, inteligencja. Ilu z nich zaprotestowało? A ilu spośród możnych protestuje dziś, kiedy nie ma ryzyka, że protestujący będą dostarczycielami światła podczas następnego przyjęcia?
Sainath podsumowuje: możemy wysuwać różne propozycje rozwiązania problemu głodu, możemy nawet widzieć go w rozmaity sposób. Ale możemy też zacząć od tego, że po prostu umówimy się, iż nie będziemy gośćmi Nerona.
Nie niemożność, a brak chęci
Historia głodu dowodzi, że przez całe wieki nie było nań rady. Pojawiał się, gdy jakiś kataklizm zniszczył zasoby w danym regionie. Komunikacja była utrudniona, transport tym bardziej, więc wołanie o pomoc i ratunek to kwestia całych tygodni, miesięcy. Był to czas, kiedy miliony umierały z głodu. Uratowanie ich nie zależało od czyjejkolwiek decyzji, ewentualnie zależało z rzadka. Dziś, nakarmienie głodnych zależy tylko i wyłącznie od czyjejś woli. Jeśli są głodujący, to znaczy, że są i ci, którzy im po prostu nie chcą dać żywności.
Świat produkuje jej więcej, niż wynoszą potrzeby mieszkańców. Wiemy, komu jedzenia brakuje. Wysłanie dzisiaj transportu to nie kwestia miesięcy, a paru godzin. To nie brak żywności jest dziś przyczyną głodu. Dzisiejszy głód jest więc bardziej brutalny, niż ten sprzed stu czy tysiąca lat. I o wiele więcej mówi o tym, jacy jesteśmy.
Gotując kamienie
Przyglądając się twarzom głodu natrafimy na Amenę. Do garnka wrzuca kamienie i gałązki, by dzieci wiedziały, że przyrządza posiłek. Łatwiej im zasnąć z nadzieją, że nazajutrz pojawi się strawa. Amenę stać albo na wodę, albo na jedzenie, a jej życie to ciągły dylemat: zjeść, czy się napić? Pochodzi z Bangladeszu, należącego do trzech krajów z największym procentem niedożywionych ludzi na świecie. To drugi, tuż po Chinach, światowy eksporter tekstyliów. Odzież stanowi 75 proc. eksportu kraju, 20 miliardów dolarów rocznie. 4 miliony robotników, z których 90 proc. to kobiety, dostają od 25 do 30 centymów z 60 dolarów, które wyda dziecko w NY kupując wykonane przez nich jeansy. Dzięki nim, najbogatszy człowiek Hiszpanii w roku 2012 powiększył swój majątek o 20 miliardów dolarów. To on wpadł na to, by - jak głoszą jego slogany w prospektach - "optymalizować koszty przedsięwzięć dzięki polityce zakupów skoncentrowanej na gospodarkach rozwijających się".
Inna z tamtejszych kobiet, egzystująca za mniej, niż 1 dolara dziennie uważa, że to jej wina, bo ma za dużo dzieci. Takie przeświadczenie to jeden ze skutków kampanii organizacji międzynarodowych z lat 70. Wskaźnik dzietności wynosił w tym młodym państwie 6,4. Po 20 latach spadł do 3, obecnie wynosi 2,5. Caparros napisał, że obniżyć ten wskaźnik to jedno, ale przekonać najuboższych, że sami ponoszą odpowiedzialność za swoje ubóstwo, to coś zupełnie innego.
Humanitaryzm, Sp. z o.o.
A co z pomocą społeczną? - pyta Caparros. Owszem, działa, sprawiając, że ubodzy pozostają ubogimi, uzależnionymi od tych, którzy pomocy udzielają. W 1954 roku uchwalono w USA program Żywność dla Pokoju, zezwalający na sprzedaż żywności po symbolicznych cenach do "krajów rozwijających się". USA kupowały od farmerów żywność i sprzedawały ją ubogim. Przy okazji otwierały się nowe rynki w objętych pomocą krajach, uzależniając je od amerykańskiego towaru. Producenci lokalni nie byli w stanie konkurować ze zbożem zza oceanu, bankrutowali i migrowali do miast. Ten, i podobne mu programy mają się wciąż całkiem nieźle.
Wielkie firmy zbożowe żądają od USA cen o 10-70 proc. wyższych, niż cena rynkowa. Transport pochłania 40 proc. amerykańskich wydatków na pomoc żywnościową. Pieniądze te idą do amerykańskich towarzystw przewozowych. Kiedy żywność dotrze do państw "rozwijających się", trafia do rąk amerykańskich organizacji samorządowych. Prawo stanowi, że mogą one sprzedawać ją na rynkach tych państw, by uzyskać środki na funkcjonowanie. Cały proceder, jak twierdzi Caparros, obniża ceny lokalne, rujnując rolników i odtwarzając cykl głodu. Skoro głodnych przybywa, można przeznaczyć kolejne środki na pomoc humanitarną, której głównymi beneficjentami są amerykańscy farmerzy. I tak interes się kręci.
Półtora holokaustu rocznie
Martin Caparros poszukiwał form i skutków głodu, odwiedzając trzy kontynenty. Swoich rozmówców pytał, czego by pragnęli, hipotetycznie dając im do wyboru cały świat. Aisha pragnęła tylko dwóch krów. Nie całego stada, do pełnego szczęścia wystarczyłyby jej dwie sztuki. To była granica jej pragnień. Autor uważa, że dopóki obecny model społeczny trwa, trwać również będzie i głód. Że tylko zmiana tego systemu może przynieść rozwiązania tego problemu. Nikt jednak nie wie, na czym zmiana miałaby polegać. Nikt nie wie, jak zbudować nowy paradygmat. Wiadomo jedynie, że należy znaleźć sposoby wymuszenia równego podziału dóbr. Nie wiadomo za to, kto miałby to realizować, jakimi drogami. Oraz kto miałby się na to zgodzić. Może ratunkiem jest oddzielenie działań od rezultatów działań? Robienie to, co chcemy robić nie ze względu na spodziewany rezultat, a na samą potrzebę działania? A może wystarczy wyjść z przyjęcia Nerona?
Na razie, co niespełna 4 sekundy umiera jedna osoba na skutek głodu, niedożywienia i wywołanych nim chorób.
17 osób w ciągu minuty.
25 000 każdego dnia.
Ponad 9 milionów rocznie. Półtora holokaustu w ciągu każdego roku.
Wstrząsające.
Czas na deser.
Mirosław Szyłak-Szydłowski/ksiazki.wp.pl