Wgląd w duszę Makryny-Ireny niekoniecznie przybliża nas do prawdy (nawet wyobrażonej) o tej kobiecie, która zamydliła oczy dziesiątkom ludzi, wierzącym, że oto mają przed sobą męczennicę w obronie wiary katolickiej, szlachciankę zmuszaną do służenia prostakom gdzieś na obrzeżach dawnej Rzeczypospolitej, Polkę dręczoną przez Moskala na najróżniejsze sposoby, cudotwórczynię, wzór moralny i muzę artystów? Jak do tego doszło, że prosta kobieta znikąd zdołała podporządkować sobie Mickiewicza, zauroczyć francuskie damy, a nawet targować się z papieżem? Dehnel przedstawia różne tropy, przeplatając oficjalną wersję zdarzeń, podawaną o wierzenia tłumom, monologami wewnętrznymi Makryny, w których wspomina ona cierpienia odniesione w przeszłości, jednocześnie kombinując, jak by tu utrzymać się na powierzchni, jak zneutralizować nieliczne głosy wątpiących w autentyczność postaci mniszki. Między tymi dwiema opowieściami nie ma wyraźnej granicy, ślady, fakty i mity mieszają się, pojawia się inna, trzecia perspektywa,
wobec której zjawisko o imieniu „Makryna” okazuje się kolejną już warstwą fantazji nałożoną na autentycznego, nędznego człowieka. Cierpienia tego człowieka przerażają swoją skalą, niestety autentyczny kat i autentyczna ofiara nigdy nie wzbudziliby zainteresowania czy współczucia nawet najbliższego otoczenia (dla którego maltretowanie żony przez męża było na porządku dziennym) a co dopiero wyższych sfer, artystów i duchownych. Należało więc zachować tortury, ale ich wykonawcę i ofiarę zmienić – tak, by zaintrygować i usatysfakcjonować odbiorców.