Wroński znów zaoferował swoim czytelnikom dobrą, interesującą książkę, ze sprawnie poprowadzoną akcją. Można by co prawda jeszcze nieco oszlifować język i, zwłaszcza, dialogi. Sylwetki niektórych bohaterów są nieco przerysowane, czasem prawie groteskowe: to praktycznie gotowe szablony panny lekkich obyczajów, gospodyni, byłego żołnierza, artystokraty czy policjanta z problemami rodzinnymi i alkoholowymi. W przypadku policjantów można nawet odnieść wrażenie, że bezustannie piją, womitują, mają kaca, odwiedzają domy publiczne, znów piją, znów womitują i tak w kółko. Pracują zaś, choć efektywnie, w międzyczasie. To zresztą dość charakterystyczne dla polskiego kryminału retro (i bywa już nużące), podobnie jak ukazywanie miasta od możliwe najciemniejszej strony, co jest niewątpliwym spadkiem po czarnym kryminale.