Podręcznik złej matki
NAN ŚNI:
Kiedy miałam dwanaście lat, upadłam i złamałam sobie rękę w łokciu. Był rok 1929, dzień wyborów, a my wdrapaliśmy się na murek obok lokalu wyborczego. Murek miał około sześciu stóp wysokości i nie stwarzał zagrożenia, jeśli siedziało się okrakiem na wieńczących go gzymsowych kamieniach, tyle że ja zasiadłam sobie na nim jak na damskim siodle do konnej jazdy, żeby wyłowić wzrokiem wszystkich tych, którzy głosowali na konserwatystów; tata powiedział, że będzie widać to po ich twarzach. Jimmy szturchnął mnie w bok i zaczęliśmy śpiewać:
Głosuj! Głosuj! Głosuj na Aleca Sharrocka
Na pewno dzisiaj wygra
A my puszki po łososiu zgromadzimy
Z konserwatystów konserwy zrobimy
I już nigdy świat ich nie ujrzy.
Machnęłam nogami, żeby zaakcentować ostatnie słowa, i nim zdążyłam się zorientować, leżałam na ziemi z dziwnie wywiniętą ręką. Jimmy zaczął robić mi temblak z żółtych muślinowych proporczyków, którymi machaliśmy, ale kiedy podniosłam wrzask, rozpłakał się z przerażenia. Czułam przenikliwy ból i obawiałam się, że gdy wstanę, ręka zostanie na ziemi.
Kiedy okazało się, że laburzyści wygrali, tata tak się spił, że za nic nie mógł sobie poradzić z otwarciem furtki na tyłach domu.
– Wpuszczę go – zaofiarował się Jimmy.
– Ani mi się waż! – ucięła matka. – Niech tam tkwi.
Leżałam więc sobie na kanapie z unieruchomioną ręką i obserwowałam jego daremne wysiłki. W końcu fiknął koziołka, a matka zaciągnęła zasłony.
Zabawne, nigdy przedtem nie tykał alkoholu.
Miał zupełnie inne słabości.
Styczeń 1997
Następnego dnia po tym wydarzeniu wszystko wydawało się takie samo jak zawsze. Przez zamknięte drzwi mojego pokoiku słyszałam, jak mama usiłuje przekonać babcię. Stara się nie okazywać złości, ale prawdę mówiąc, ostatnio nie stać jej na żadne inne emocje.
– No chodź już, Nan, czas na kąpiel.
– Nie mogę. Ręka mnie boli.
– Nie, nie boli cię. To tylko znowu ten sen. Chodź już.
W naszym domu nieustannie coś ginie; klucze, aparaty słuchowe, dowody tożsamości. Tego ranka wybuchła awantura o kiełbasę. Matka usmażyła dwie kiełbaski dla babci i zostawiła je na talerzu, żeby ostygły. Wtedy przyszedł czyściciel okien i matka poszła mu otworzyć, a kiedy wróciła do kuchni, kiełbasek nie było.
– Co z nimi zrobiłaś? – spytała babcię (przepełnionym cierpliwością głosem).
– Nie tykałam ich.
– Owszem, tykałaś, na pewno.
– To pies.
– Nie mamy psa, Nan. Gdzie one są? Po prostu chcę wiedzieć. Nie mam pretensji. Zjadłaś?
– No, możliwe. Wczoraj. Na obiad.
– Jak mogłaś zjeść wczoraj, kiedy dopiero co je usmażyłam? Wielki Boże, tak jest z każdym drobiazgiem. – Gestem pełnym znużenia matka przesunęła dłonią po twarzy i westchnęła. Często tak robi.
– O rety! Po co ten krzyk? Nieznośna z ciebie kobieta. Jak moja córka Karen, nic tylko się stroszy.
– Ja jestem twoją córką Karen.
– Uhm.
Następnego dnia to ja znalazłam te kiełbaski; zawinięte w dwie plastikowe torebki leżały w pojemniku na pieczywo.
Nie, żeby to tylko babcia miała monopol na wywoływanie zamieszania. Wiem, że jestem siedemnastolatką o imieniu Charlotte i że kiedy mam kiepski dzień, to wiem tylko tyle i nic więcej. “Bądź sobą”, mówią mi zawsze ludzie, starsi ludzie; taa, jasne. Jakie to proste. Czasami wypełniam te kwestionariusze w czasopismach dla dziewczyn. Jesteś wyluzowana czy spięta, jaki masz styl uwodzenia, jak określić typ osobowości na podstawie swojego ulubionego koloru, charakteru pisma, godziny urodzin… Czy ja
a) wierzę w te bzdury?
b) odnoszę się do nich ze stosownym lekceważeniem?
Tak naprawdę, zależy to od mojego nastroju.
Czasami babci się wydaje, że jestem jej ucieleśnionym dzieciństwem.