Niestety, wynika znacznie mniej, niż się spodziewałam, bo całe to powieściowe pogaństwo, oprócz, może, nocy Kupały, jest… też z importu. Ukochana narratora – ze wschodnich baśni z tysiąca i jednej nocy, mag – alchemik z Sapkowskiego i okolic, a przynajmniej z nieco późniejszych stuleci, a świątynia Trygława – prosto ze świętego lasu Hollywood. Słowiańszczyzny, jeszcze do wczoraj żywej w ludowych zabobonach i obrzędach, ani odrobiny. W rezultacie otrzymujemy relację z dwóch lat krwawej wojny, która mogłaby się toczyć wszędzie, w dowolnym kraju Europy. W dwóch zamkach dwaj bracia – wrogowie, dwie bratowe – kandydatki na lady Macbeth, i ten trzeci, co zawsze korzysta. Krew – seks – tortury – magia – śnieg - krew – seks – kajdany – magia - uczta - morderstwo i da capo. Prawie pięćset stron i dwa lata akcji. A najgorsze, że nie ma komu kibicować, właściwie wszyscy bohaterowie, poza niejednoznacznym narratorem i anielską Marią, są totalnie antypatyczni, uzależnieni od krwi i seksu (co jeszcze nie czyni z tej
powieści „Gry o tron”), i właściwie nie wiadomo, o co tak naprawdę rozgrywana jest ta okrutna partia szachów. Najbardziej wypasiony zamek i tak należy do tego trzeciego.