Powieść determinują biologiczne motywy - kopulacja, jedzenie i śmierć. Tylko to współcześnie ma sens, zdaje się mówić Varga. Wzniesienie się ponad zwierzęcy poziom to bezcelowa szarpanina, głoszenie jakiejkolwiek idei jakimikolwiek środkami przekazu grzęźnie w niezrozumieniu, pustce odbiorców i własnej niekonsekwencji. Kapela niezależna, która nie wstydzi się branżowych nagród, antyglobaliści, których perkusista jada w McDonaldzie, fanki zupełnie nierozumiejące istoty teksów, ale za to kreujące dziwaczne i nienaturalne pozy. Opisy pijaństw, podrywów, koncertów, walki o forsę za koncerty są przepełnione humorem. Ale jest to śmiech wisielczy, narrator wie, że to nie jest żadne życie, że to jeden wielki bezsens, który donikąd nie prowadzi. A właściwie tylko w jedno miejsce. Dlatego właśnie przemyślenia i podsumowania nachodzą go podczas niesienia trumny w kondukcie pogrzebowym, co gorsza, na kacu. A ci, którym choć raz zdarzyło się nadużyć alkoholu i nazajutrz cierpieli z tego powodu wiedzą, że mało co
bardziej sprzyja poważnym, wręcz ostatecznym przemyśleniom.