Ratując "Wichrowe Wzgórza". Muzyka, która zawstydza ekran [RECENZJA]
Gdy filmowe "Wichrowe Wzgórza" grzęzną w estetycznym chaosie, Charli XCX robi coś znacznie ciekawszego: wyprowadza z tej historii dźwięk, który oddycha, boli i hipnotyzuje. "Wuthering Heights" (oryg. tytuł ścieżki nagranej przez Charli) okazuje się nie tyle dodatkiem do obrazu, co jego muzycznym ocaleniem.
Mogłoby się wydawać, że nowej adaptacji "Wichrowych Wzgórz" już nie sposób uratować. A jednak pojawiło się światełko na końcu tunelu. Charli XCX zrobiła wszystko, by pod względem muzycznym produkcja wzniosła się na wyżyny. "Wuthering Heights" jest jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych ostatnich miesięcy.
Nie każdy potrafi wydać taki krążek po sukcesie na miarę "BRAT". Album, który na dobre przemeblował pozycję Charli w popowym krajobrazie, mógł stać się wygodnym punktem odniesienia, bezpieczną przystanią, stylem eksploatowanym do granic możliwości. Tymczasem artystka robi coś dokładnie odwrotnego. Idzie dalej. Bez kalkowania, bez powtórek, bez triumfalnych rund honorowych.
Niezależnie od tego, czy "Wuthering Heights" nazwiemy ścieżką dźwiękową, czy siódmym albumem studyjnym, mamy do czynienia z materiałem zaskakująco spójnym i konsekwentnym.
"Palę się!" O krok od tragedii na planie "Wichrowych Wzgórz"
Już otwierające "House" ustawia narrację. To kompozycja duszna, nerwowa, niepokojąca. Charli buduje tu napięcie jak reżyser kina psychologicznego: bez tanich trików, za to z precyzją. Utwór jest jednocześnie klaustrofobiczny i intymny, jakby słuchacz został zamknięty w cudzej głowie. To jedna z najbardziej ryzykownych, ale i najbardziej satysfakcjonujących rzeczy w jej dorobku.
"Wall of Sound" nie przynosi ulgi. Wręcz przeciwnie - pogłębia gotycką aurę, rozlewając lęk po całej przestrzeni albumu. Tu emocje nie są już stanem, lecz pejzażem. Gęstym, duszącym, bez wyjścia ewakuacyjnego. Charli doskonale rozumie, że w tej historii miłość nigdy nie była kojąca, była obsesją, siłą destrukcyjną, elegancko opakowaną katastrofą.
Dopiero "Dying for You" przesuwa akcenty. To utwór bardziej komunikatywny, niemal klasycznie popowy, ale wciąż osadzony w emocjonalnym ciężarze całości. Tekstowo - rzecz o oddaniu, które z romantycznej deklaracji szybko przeistacza się w formę autodestrukcji. Charli nie romantyzuje cierpienia. Raczej pokazuje, jak naturalnie wpisuje się ono w narrację o miłości.
Transcendencja albumu osiąga punkt kulminacyjny w "Always Everywhere". Numer eteryczny, niemal zawieszony poza czasem. Głos Charli rozpływa się w pogłosach, a całość nabiera jakości sennej, odrealnionej. To moment, w którym album naprawdę oddycha i jednocześnie jeden z najbardziej przejmujących fragmentów całości.
"Chains of Love", jeden z kluczowych singli, działa jak muzyczny odpowiednik relacji Heathcliffa i Catherine. Więź wieczna, toksyczna, nieusuwalna. Charli bawi się tu romantycznym fatalizmem, ale pod powierzchnią pulsuje chłodna diagnoza: nawet najbardziej "przeznaczone" uczucia potrafi niszczyć.
Chyba najsłabszym punktem albumu jest "Out of Myself". To najbardziej popowy fragment wydawnictwa, momentami zbyt wygładzony i przewidywalny. Paradoks polega jednak na tym, że nawet ten numer pozostaje o klasę ciekawszy niż większość szybkich, algorytmicznych hitów, które znikają szybciej, niż zdążą się zadomowić w pamięci.
"Open Up" przywraca materiałowi filmową aurę. Utwór chłodny, zdystansowany, niemal ambientowy. Słuchając go, można przez chwilę uwierzyć, że film rzeczywiście jest dziełem głębokim, emocjonalnie dewastującym. Tymczasem sam seans okazuje się znacznie mniej imponujący.
Bo film, mimo głośnych nazwisk i efektownej oprawy wizualnej, sprawia wrażenie estetycznej sprzeczności. Piękne obrazy zderzają się z fabularną pustką. Muzyka Charli XCX działa więc jak osobny byt, często ciekawszy i bardziej angażujący niż to, co dzieje się na ekranie.
Charli xcx - House featuring John Cale (Official Video)
Zaś "Altars" wydaje się najbardziej problematycznym elementem albumu. Utwór zachowawczy, mało wyrazisty, momentami wręcz zaskakująco nieciekawy na tle reszty materiału. Ale być może właśnie ten dysonans wpisuje się w charakter całości. Pełnej napięć, kontrastów i emocjonalnych pęknięć.
Zamykające całość "Funny Mouth" to finał godny całości. Utwór narasta, gęstnieje, dramatyzuje przestrzeń. Głos Charli drży, instrumentarium puchnie, napięcie staje się niemal fizyczne, by nagle zgasnąć. Jak świeca zdmuchnięta przeciągiem. Jak historia, która nie kończy się katharsis, lecz pustką.
"Wuthering Heights" jest zdecydowanie czymś więcej niż tylko ścieżką dźwiękową. To materiał, który funkcjonuje autonomicznie, broni się bez obrazu, żyje własnym rytmem. Dla Charli XCX - artystki przez ostatnie lata kojarzonej głównie z klubową energią - to twórcze zwycięstwo i dowód, że po wielkim sukcesie można zrobić coś jeszcze ciekawszego.
Film można zapamiętać jako ciekawostkę. Muzykę, jako doświadczenie. Chapeau bas Charli!
Bartosz Sąder, dziennikarz Wirtulnej Polski