Rzeczy pierwsze

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

[...]

Schodziłem wszystkie knajpy w rynku i okolicach, wujek wsiąkł, Modę Polską zamknęli, zostałem bez garnituru i bez wujka. W kieszeni brzęczało kilka złotych, wróciłem na dworzec, kupiłem bilet i usiadłem na ławce. Wtem jakaś ogromna siła zepchnęła mnie na ziemię. Tym podmuchem huraganu był wujek. Trzymał w rękach białą reklamówkę, a na szyi telepał mu się wieniec pogrzebowy. Pijany ledwo się prostował, ale był jakiś inny, ożywiony. Przez zapite oczy wyglądało małe szczęście, duma.

- Gdzie wujek był? - zapytałem. - Szukałem wujka we wszystkich knajpach. Modę Polską zamknęli, nie mam garnituru. Co zrobimy?

- Ha, nie masz garnituru. Ha! - Powtórzył. - Masz garnitur, i to jaki, buty też masz, wszystko gra, wszystko gra i cyka jak w szwajcarskim zegarku. Wygrałem w pokera kasę, garnitur i buty też dla ciebie wygrałem, no popatrz, jak ulał na ciebie, bo nieboszczyk, dla którego syn kupił ten gajerek, był twoich rozmiarów, no przymierz, przymierzaj - krzyczał podniecony wujek.

Wyjąłem z reklamówki czarną marynarkę bez podszewki i sztywników. Włożyłem na siebie. Rzeczywiście, pasowała.

- No widzisz, widzisz, jak wujek zagra, to nie ma bata, a teraz buty, wskakuj - rozkazał.

Wyciągnąłem z reklamówki czarne trzewiki na tekturowych podeszwach.

- Tekturą się nie martw, to dla trupa, pójdziemy jutro do szewca, przyklei ci normalne, takie porządne dla żywych, a wieniec to dla mnie, schowam sobie w szafie. Jak mnie będą grzebać, to złożysz na moim grobie - powiedział wujek. To był mój pierwszy garnitur. Pasował idealnie, buty też, bo szewc Kolanko dokleił do nich piękne podeszwy. Szedłem do poloneza w pierwszej parze, a profesorowie patrzyli z podziwem, jak miarowo prowadzę cały korowód, i do głowy nikomu nie przyszło, że mam na sobie wygrany przez wujka garnitur oraz buty dla nieboszczyka - dalej trzymam je na pamiątkę.

[...]

Ktoś zapukał do przeszklonych drzwi. Odwróciłem głowę. To był człowiek od wichury we włosach, króliczych zębów, zdechłych ślimaków i genetycznie zwężonych punktów widzenia. Zapytał, czy wolne. Zaczęliśmy rozmawiać. Też jechał do Colchesteru.

- A to co jadłeś na peronie, to były zdechłe ślimaki? Roześmiał się szczerze.

- To jest mango kiszone w soli morskiej. Chciałbyś spróbować? - Znowu się roześmiał. - Kiszone mango...

To takie proste i genialne zarazem, ale bez tego spotkania nigdy w życiu nie znalazłbym logicznego porównania. Przecież te lipcowe trupy z naszej kostnicy pachniały jak kiszone mango w soli morskiej.

Wybrane dla Ciebie
NIE WYCHODŹ JESZCZE! MAMY COŚ SPECJALNIE DLA CIEBIE