Jej pierwsza myśl brzmi: kobieta wydaje się taka stara.
- Profesor Hastings? - pyta. - Jestem Greta Campion. Przygotowuję artykuł o pani. Dla „Kroniki literackiej”.
Stara kobieta przygląda jej się przez moment, delikatna i krucha, po czym się uśmiecha. To przyjazny uśmiech i Greta czuje do niej sympatię.
- Wejdź, moja droga - mówi pani profesor. - Usiądziemy w salonie.
- Mam coś dla pani. Sama je upiekłam - Greta wyciąga z torby tortownicę z nadzieją, że jej zawartość nie rozsypała się en route. - To ciasto czekoladowe. Czytałam w sieci, że je pani lubi.
Stara kobieta kiwa głową, mruga szybko.
- Istotnie - mówi. - Jakież to miłe z twojej strony. Tędy.
Greta idzie za nią do wygodnego pokoju, gdzie pani profesor pokazuje jej fotel i stanowczo każe się z niego nie ruszać. Gospodyni znika, po czym wraca z tacą, na której dźwiga filiżanki i spodeczki, imbryk, talerz herbatników czekoladowych i czekoladowe ciasto Grety.
Herbata paruje już w filiżankach, Greta głośno podziwia broszkę pani profesor, a potem wyciąga notatnik, długopis i egzemplarz ostatniej książki gospodyni, W poszukiwaniu znaczeń literatury dziecięcej, pełen sterczących na wszystkie strony zakładek, przylepianych karteczek i skrawków papieru. Rozmawiają o pierwszych rozdziałach, w których autorka stawia hipotezę, że pierwotnie nie istniała odrębna gałąź literatury przeznaczona wyłącznie dla dzieci. Dopiero wiktoriańskie przekonanie o czystości i świętości dzieciństwa wymagało, by literatura dla dzieci stała się...
- ...no cóż, czysta - mówi profesor.
- I uświęcona? - pyta z uśmiechem Greta.
- I świętoszkowata - poprawia stara kobieta. - Trudno dziś bez skrzywienia czytać .
Potem opowiada o tym, jak ilustratorzy rysowali kiedyś dzieci - jako dorosłych, tyle że mniejszych, nie uwzględniając proporcji dziecięcego ciała - i o tym jak historie Grimmów wydano dla dorosłych, po czym, gdy Grimmowie zorientowali się, iż książka trafiła do pokojów dziecięcych, zostały stosownie uładzone i ocenzurowane. Mówi o „Śpiącej królewnie w lesie” Perrault i jej pierwotnym zakończeniu, w którym matka księcia, olbrzymka-kanibalka próbuje oskarżyć Śpiącą Królewnę o to, że pożarła swe własne dzieci. A Greta tymczasem kiwa głową, notuje i nerwowo próbuje odzywać się dość często, by pani profesor uznała to za rozmowę czy przynajmniej wywiad, nie wykład.
- Jak pani myśli - pyta Greta - skąd wzięło się pani zainteresowanie literaturą dziecięcą?
Pani profesor kręci głową.
- Skąd biorą się nasze zainteresowania? Skąd wzięło się twoje zainteresowanie książkami dla dzieci?
- Właśnie te książki od zawsze wydawały mi się najważniejsze. Tylko one naprawdę się liczyły, wtedy gdy byłam mała i później, kiedy dorosłam. Jak Dahla. Czy w pani rodzinie dużo się czytało?
- Niespecjalnie... A zresztą oni wszyscy umarli wiele lat temu. Czy raczej zginęli. Tak to trzeba nazwać.
- Cała pani rodzina zginęła w tym samym czasie? Na wojnie?
- Nie, moja droga, podczas wojny ewakuowaliśmy się z Londynu. To się stało w katastrofie kolejowej kilka lat później. Mnie tam nie było.
- Zupełnie jak w Narni Lewisa - zauważa Greta i natychmiast czuje się jak kretynka, w dodatku pozbawiona wszelkiej wrażliwości. - Przepraszam. To okropne z mojej strony, prawda?
- Czyżby, moja droga?
Greta czuje, że się rumieni.
- Po prostu tak dobrze pamiętam ten fragment. W Ostatniej bitwie. Kiedy dowiadujemy się, że gdy jechali do szkoły, doszło do katastrofy kolejowej i wszyscy zginęli. Oczywiście oprócz Zuzanny.
- Jeszcze herbaty, moja droga? - pyta pani profesor i Greta wie, że powinna zmienić temat, ale mimo wszystko mówi:
- Wie pani, kiedyś strasznie mnie to wkurzało.
- Co takiego, moja droga?
- Zuzanna. Wszystkie inne dzieci idą do raju, ale nie ona. Nie jest już przyjaciółką Narni, bo za bardzo lubi szminki, nylonowe pończochy i zaproszenia na przyjęcia. Kiedy miałam dwanaście lat, rozmawiałam o tym nawet z moją nauczycielką angielskiego. O problemie Zuzanny.