HELA "Pani domu". Z dnia na dzień wywołała burzę
Helena Englert, popularna aktorka młodego pokolenia obdarzona sławnym nazwiskiem, najpierw opublikowała debiutancką piosenkę, a następnie została bohaterką najgłośniejszej afery artystycznej ostatnich tygodni. To najlepszy czy najgorszy początek kariery muzycznej?
Ta historia brzmi jak fragment scenariusza niezbyt wybrednej satyry na polski świat kultury - Helena Englert, czyli HELA, w swoim pierwszym singlu "PANI DOMU" wykorzystała frazę "kanapki z hajsem", do której wyłączne prawa najwyraźniej rości sobie pisarka Dorota Masłowska, oburzona całą sprawą w głośnym oświadczeniu umieszczonym na jej facebookowym profilu.
"Kultura WPełni". Maciej Kawulski o pierwszym takim filmie w Polsce
Rzeczywiście, to określenie pojawiło się w 2014 roku w utworze "Hajs" elektronicznego projektu pisarki, Mister D, lecz nie ona pierwsza zarejestrowała te słowa w publicznie dostępnym utworze muzycznym. Wcześniej zrobili to kultowi raperzy, Kaz Bałagane i Belmondo. Możliwe, że gdyby Masłowska wciąż była aktywną raperką, uznałaby tę słowną pożyczkę za normalny, dozwolony cytat, a nie "ordynarną kradzież". Trzeba przyznać, że Helena Englert ładnie wybrnęła z całej afery, wyjaśniając, że jej kanapki z hajsem były zwykłym popkulturowym "follow-upem", a także pełnym szacunku hołdem dla pisarki, jej idolki.
A co z samą piosenką, która w tak nietypowy sposób zdobyła nagły rozgłos? Bez wątpienia jest profesjonalnie zrealizowaną, przemyślaną całością, zwłaszcza w połączeniu z teledyskiem podkreślającym humorystyczną, komiksową konwencję zastosowaną przez autorkę. Englert w klipie odgrywa rolę popsutej, ale wyzwolonej żony ze Steptford w wersji Barbie, serwując nowoczesne, feministyczne przesłanie w ironicznej formie. Aktorka deklaruje w wywiadach, że traktuje muzykę poważnie i to na szczęście widać oraz słychać. Gdyby tę produkcję wypuściła jakaś nieznana wokalistka, powszechny odbiór byłby zapewne odmienny, znacznie cieplejszy. A tak HELA będzie musiała jeszcze mocniej walczyć o przychylność publiczności.
Porównania do twórczości innej śpiewającej aktorki, Julii Kamińskiej, są wręcz odruchowe, podobnie jak do muzycznej i tekstowej stylistyki Mery Spolsky. Dzięki HELI na tym specyficznym, kampowym - z braku lepszego określenia - wycinku estrady zrobił się już mały tłum. A jednak jej debiutancka kompozycja sugeruje nieco inne ambicje. Tik-tokowa długość - niepełne dwie minuty - oraz mocniejsze brzmienie zdają się adresować ten projekt do młodszej publiki, zakochanej w brytyjskiej gwieździe hyperpopu i electroclashu Charli XCX, a szczególnie w jej albumie "Brat". Obawiam się jednak, że ci młodzi słuchacze niezbyt entuzjastycznie zareagują na zjawisko, które dałoby się złośliwie opisać słowami "mamy Charli XCX w (pani) domu".
Helena Englert stała się więc właściwie z dnia na dzień niezwykle ciekawym przypadkiem: znaną aktorką ze znaną twarzą i znanym nazwiskiem, z podpisanym kontraktem z wielką wytwórnią fonograficzną, ze startem scenicznym równie ułatwionym, co utrudnionym, a także z medialną aferą zaliczoną dosłownie parę dni po zaistnieniu w świecie muzyki. Jak podkreśla artystka, "HELA to nie jest eksperyment", ale z pewnością jest to test. Test na życzliwość polskiej publiczności, dość wyczulonej na punkcie karier tak zwanych "nepo babies", a przy okazji pomiar krajowego zapotrzebowania na tego typu teatralną twórczość w czasach wyraźnej mody na emocjonalną, wręcz pamiętnikarską prawdę w popie mainstreamowym i alternatywnym.
Zobaczymy, w jakim kierunku rozwinie się muzyczne wcielenie Heleny Englert, bo na razie wcale nie jest źle, jeśli chodzi o obiektywną jakość. Oby tylko następnym razem nie pożyczała żadnych fraz od znanych pisarek. Nikomu nie jest potrzebna wojna damsko-damska pod sceną electro-popową.