Przez chwilę nucił pod nosem Drogę do domu, ale nie podobał mu się własny głos i włączył radio. Odezwała się miejscowa stacja, wysłuchał więc raportu z targu, potem informacji o spotkaniach kościelnych, pikniku weteranów wojny wietnamskiej i tak dalej, a następnie dowiedział się, ile kosztuje żywiec oraz gdzie najlepiej w tej okolicy biorą ryby, i zapoznał ze szczegółową prognozą pogody. W południowej Indianie szalały tornada. Landry wyłączył radio, wciąż nie mógł pozbyć się myśli, że dwadzieścia pięć lat temu wysłuchał identycznych wiadomości.
Jednakże w ciągu tych lat jemu przydarzyło się wiele rzeczy, w większości niebezpiecznych. Teraz był bezpieczny i żywy, ale przez ostatnie ćwierćwiecze czuł się, jakby jedną nogą stał w grobie, a drugą na skórce od banana. Uśmiechnął się. Droga do domu.
Musiał przyznać, że targały nim sprzeczne uczucia; musiał sobie wszystko w głowie uporządkować. Dwa tygodnie temu znajdował się w Belgradzie i wymieniał groźby z ministrem obrony, a dzisiaj jechał przez Ohio i słuchał brzęczącego głosu, spekulującego na temat cen wieprzków. Był bezpieczny, to prawda, lecz wcale nie czuł się najlepiej. Landry poprawił się na fotelu i skupił na prowadzeniu. Jazda pustą drogą sprawiała mu przyjemność, a saab płynął po szosie jak na skrzydłach. Kiedy mijał miasteczka i osady zachodniego Ohio, niezwykły kształt samochodu zwracał uwagę i przyciągał zaciekawione spojrzenia. Pomyślał, że kiedy już zamieszka w Spencerville, powinien wymienić samochód na mniej ekstrawagancki.
Pola kukurydzy, urozmaicone tu i ówdzie spłachetkami soi, jęczmienia lub lucerny, ciągnęły się aż po horyzont, gdzie spotykały się z błękitem nieba. Kukurydza. Pastewna, na paszę dla świń i słodka, na ludzkie stoły. Kukurydza. Syrop kukurydziany, płatki kukurydziane, skrobia kukurydziana, kukurydza, kukurydza i jeszcze raz kukurydza, która pasie i tak już nieźle upasiony naród. W czasie minionych lat Landry często bywał na terenach, gdzie panował głód, może więc dlatego widok takiej szczodrości ziemi kojarzył mu się z nadmiarem.
— Bursztynowe fale ziarna — powiedział na głos. Zauważył, że zbiory zapowiadały się dobrze. Nie żeby go to specjalnie interesowało, ale przez osiemnaście lat słuchał, jak wszyscy wokół rozmawiają o zbiorach, więc nieświadomie zwracał na nie uwagę, gdziekolwiek się znalazł: w Rosji, Chinach, Somalii, i teraz, po zatoczeniu pełnego okręgu, kiedy wracał do zachodniego Ohio.