Spod lady
Spod lady
Felieton : Spod lady
Pisarze to podsłuchiwacze i podglądacze, w ogóle – świnie: uszu nadstawiają, zaglądają gdzie nie trzeba, przetrząsają cudze szuflady i twarde dyski – wszystko po to, żeby dowiedzieć się, co człowiek ma w środku. Bo to, co człowiek ma w środku, jest głównym tematem literatury.
Do moich ulubionych, wstydliwych nieco przyjemności należy przeglądanie list zakupów na Allegro – wchodzi się na stronę jakiegoś przedmiotu, najlepiej wystawionego w więcej niż dziesięciu egzemplarzach, i sprawdza się kto taki go kupił. I co jeszcze kupował? W jakie wzory to się układa, w jakie prawidłowości? Jakie historie można odczytać z katalogu rzeczy kupionych przez jedną osobę?
**ZOBACZ TAKŻE:
Spod lady
Scyzoryk. Do tego nóż. Do tego bielizna termoaktywna. I dwie gry komputerowe: FIFA i Battlefield. Sportsman, być może zapalony wędkarz – a do tego lubi pot i krew na swoim małym ekraniku. Albo: depilator do nosa i uszu, drążek do podciągania się, pasek do gitary. Piękniś robi się na bóstwo, mariachi. Ale już ten sam depilator połączony z prostownikiem do akumulatorów, męską wodą toaletową Oriflame i szkatułką na biżuterię? O, zagadko! O, rozmaitości!
Najciekawsze – chciałem napisać „najzabawniejsze”, ale czasem znacznie właściwszy byłby przymiotnik „najstraszniejsze” – były takie poszukiwania w dziale „Erotyka”. Niestety, nie sposób oddawać się tej pouczającej rozrywce, odkąd Allegro utajniło nicki w swoim wstydliwym „Piekiełku” (że posłużę się nazwą sekretnego działu Biblioteki Narodowej w Paryżu).
**ZOBACZ TAKŻE:
Spod lady
Wibrator. Sześć sąsiednich aukcji: odzież dla puszystej, krem wyszczuplający, wyszczuplająca herbatka. Albo wibrator, a wcześniej kolejno: klatka dla kanarka, karuzela do biegania dla chomika, koszyk dla psa, kojec dla dziecka. Albo: „ciasna jak osiemnastka” (przyrząd do masturbacji przypominający puszkę piwa) i osiem aukcji z częściami komputerowymi i grami oraz płyn na trądzik. Nerd jak nic.
Oczywiście, niczego nie da się powiedzieć o tych klientach tak naprawdę. W wyobraźni czytelnika (bo portal aukcyjny to też tekst, jak cały internet) są złożeni wyłącznie z gdybań i poszlak. Teoretycznie nerd mógł kupować „śmieszny prezent” dla kolegi na osiemnastkę, zaś pani od ubrań dla puszystych może być szczupła jak patyczak, a rozmiary XXXL kupować mamusi. Ale, chcąc nie chcąc, te sekwencje przedmiotów skłaniają do spekulacji.
**ZOBACZ TAKŻE:
Spod lady
Komuś pewnie wyda się, że piszę o „świństwach” i że to znak strasznych czasów, bo „kiedyś to, panie, tego nie było”. Otóż, i do tego zmierzam – było.
Wibrator to piąte (po maszynie do szycia, wiatraku, czajniku i tosterze) zelektryfikowane urządzenie domowe i do lat 20-tych XX wieku sprzedawano go zupełnie jawnie, jak pozostałe urządzenia służące zdrowiu, dobremu samopoczuciu i higienie. Wibratorami bowiem leczono „kobiecą histerię” – przed ich wynalezieniem lekarze doprowadzali pacjentki to orgazmu, wykonując zabiegi „stymulacji krocza” ręcznie; uskarżali się zresztą, że zabiegi są męczące i czasochłonne. Odrzucali jednocześnie myśl, by było to w jakikolwiek sposób związane z seksem. Chodziło o terapię, rozładowująca napięcie. W tym samym czasie masturbowanie się przez mężczyzn, zwłaszcza przez chłopców, uważano za niszczący nałóg, prowadzący do całkowitego zwyrodnienia ciała i – w wypadkach skrajnych – do śmierci.
**ZOBACZ TAKŻE:
Spod lady
W opasłym katalogu sprzedaży wysyłkowej domu handlowego Searsa&Roebucka, o którym pisałem niedawno, można było znaleźć Przyjemny, niewielki wibrator przenośny z trzema końcówkami, widocznymi na ilustracji. Miły w użyciu i przydatny w gospodarstwie domowym. Waga przesyłki ok 3,5 funta, cena $5,95. A także, co ciekawe, krem i pompkę do powiększania biustu „Princess”. Pompki do powiększania penisów – już nie, ale wynaleziono ją mniej więcej w tym samym okresie, na przełomie XIX i XX wieku, a opatentował ją Bernarr McFadden, specjalista od zdrowego żywienia i tężyzny fizycznej, założyciel pism kulturystycznych i religii zwanej kosmotarianizmem, łączącej Biblię i kult ciała.
O wszystkim tym piszę z powodu pewnego kuriozum, które niedawno trafiło mi w ręce, publikacji znacznie skromniejszej niż katalog Searsa i Roebucka. Specjalny cennik paryskich, amerykańskich i niemieckich gumowych i innych hygienicznych środków ochronnych dla mężczyzn i kobiet sklepu Juljana Drehera to cieniutka, szesnastostronicowa ledwie broszurka. Ale ile w niej ciekawostek!
**ZOBACZ TAKŻE:
Spod lady
Sklep mieścił się w Warszawie, na ul. Szpitalnej pod numerem 6 w niskim, jednopiętrowym budyneczku – jedynym z całej pierzei, ciągnącej się od Chmielnej do Górskiego, który nie dotrwał do dzisiaj (zachowały się tylko oficyny). Wciśnięty pomiędzy monumentalny Dom Wedlów a równie potężną modernistyczną kamienicę, sprawiał wrażenie raczej mizerne. Dreher był chyba jednak człowiekiem nowoczesnym, działającym z rozmachem: nie tylko wysyłał zarówno do Europejskiej, jak i Azjatyckiej Rosji (przy obstalunku od co najmniej – odpowiednio – 3 i 7 rubli wzwyż, brał koszty wysyłki na siebie), ale i zainstalował telefon (nr 704). Na brak klientów raczej nie narzekał, przetrwał zarówno odzyskanie niepodległości (dla wielu firm, produkujących w Warszawie na potrzeby całego cesarstwa rosyjskiego, był to poważny cios – branża platerowa i brązownicza prawie się od niego załamała), jak i Wielki Kryzys.
W 1930 roku prowadził zakład optyczny na Nowogrodzkiej 21 (tel. 4371), ale przed samą wojną wiodło mu się całkiem przyzwoicie, skoro według książki telefonicznej Warszawy z 1939 roku Julian Dreher prowadził zakł.optyczno-chirurg.-ortopedyczny i pracownię gorsetów (tel. 67865) na Marszałkowskiej 140, w pięciopiętrowej (nadbudowanej w międzywojniu o dwa piętra) kamienicy między Rysią a Świętokrzyską (druga fasada wychodziła na Szkolną), w jednym z najlepszych punktów Warszawy: nieopodal mieścił się dom mody Hersego, Hotel Francuski i redakcja „Kuriera Porannego”. Różnica między pięciocyfrowym numerem telefonu z 1939 roku, a trzycyfrowym z początku wieku (broszurki nie opatrzoną żadną datą, ale z pewnością pochodzi jeszcze z czasów zaborów, może z 1905, może z 1910 roku – wszystkie ceny podano w rublach i kopiejkach) też sporo mówi o przemianach zachodzących podówczas w stolicy.
**ZOBACZ TAKŻE:
Spod lady
Stosunkowo najbanalniejszy asortyment zepchnięto na koniec i potraktowano po macoszemu: lunety, lornetki, barometry, aparaty fotograficzne, latarnie magiczne, rajscajgi (czymkolwiek one były) wymieniono tylko dla porządku. Wyeksponowano natomiast to, co spodziewalibyśmy się znaleźć ukryte gdzieś wstydliwie w środku: Dział I. Środki ochronne hygieniczne dla mężczyzn i Dział II-gi (dla Pań). I oba te działy robią wrażenie.
Nie chodzi już nawet o to, że sklep Drehera na Szpitalnej 6 sprzedawał prezerwatywy czy dmuchane piersi – ale o to, jak je opisywano. Właściciel wprawdzie na wstępie dowodzi, że kieruje się zasadą „Co najlepsze, to jest najtańsze”, ale wystarczy przyjrzeć się uważnie opisom by wywnioskować, że to tylko chwytliwy slogan. Owszem, można wprawdzie kupić prezerwatywy gumowe, zwane też kondonami (sic!) po 75 kopiejek za tuzin (zwyczajne, cienkie i małe) ale czytamy od razu, że są małe dla normalnego mężczyzny – kto zatem chciałby je kupić, czytamy między wierszami, musi od razu powątpiewać w normalność swojej męskości. Niepokoi też fragment, w którym Dreher wyjaśnia sposób użycia: prezerwatywę należy zwinąć a następnie włożyć na odpowiednią część ciała.
Czyżby sugerował, że część ciała może być nieodpowiednia? Na szczęście dwukrotnie droższe (1 rb. 50 kop.) dobre, z białej gumy, bardzo mocne są zaopatrzone w dobrze zamykający się brzeg, a przeto bardzo mogą być zalecone. Model Prima, jak zapewnia broszura, jest nie do zdarcia i szczególnie nadaje się do wielokrotnego użycia, ale to już wydatek rzędu 4 rubli. Osobno reklamowane są prezerwatywy z rezerwuarem woreczkowym o skądinąd rozczulającej (bo podświadomie wskazującej na kompleksy klientów) nazwie Victoria - przy czym, należy dodać, że tańsze są białe, czerwone – droższe, najdroższe zaś (8 rubli za tuzin) z ostrogą, co każe nam sądzić, że klientela warszawska nie była aż tak pruderyjna. Ba, była również z pewnością modna, skoro kupowała również nowość: prezerwatywy drażniące – uwaga – secesyjne, zaopatrzone w gumowe pierścienie i kolce drażniące. Najdroższe były Victorie bez rezerwuaru, z ostrogą secesyjną. 12 rubli, piętnastokrotnie kosztowniejsze niż te zwyczajne, cienkie i małe,
które, jak wiemy, nie nadawały się dla normalnego mężczyzny.
**ZOBACZ TAKŻE:
Spod lady
Ale to nie koniec. W luksusowej, pachnącej zachodem ofercie sklepu (wyroby były po pierwsze paryskie, a zatem kojarzące się z miłością, wyuzdaniem, rozkoszą, amerykańskie, a zatem dziko nowoczesne, i niemieckie, a zatem solidnie wykonane – a nie rosyjskie czy, z oczywistych względów, cenzura szaleje, polskie) mamy jeszcze amerykańskie prezerwatywy jedwabne (chodzi chyba o cienkość, ponieważ wykonane są z najczystszej gumy naturalnej i przez nowe doświadczenia bez szwu można ich (sic!) robić, wskutek czego rozdarcie albo dziury zupełnie są wyłączone).
Składane tuzinami w kartonie i każda sztuka oraz karton opatrzony jest w amerykańską markę fabryczną. Żadne miejscowe podróby, proszę państwa. Daleko cieńsze w swym składzie, a przeto niedostrzegalne w użyciu, są w użyciu najprzyjemniejsze i najtrwalsze. Nazwy: Neveripp (po naszemu brzmiałoby to chyba Niezdartuchy), Mikado (lepszy byłby chyba Sultan?) i Imperial Brandt (to już chyba błąd Drehera, bo mu się angielskie Brand pomyliło ze swojskim malarzem batalistą). Ale Krokodylowe? To przerasta najśmielsze moje wyobrażenia i wszystkie dzisiejsze cyberskóry. Czemu się jednak dziwić, skoro nieco dalej sklep poleca prezerwatywy z rybiego pęcherza? Oczywiście w najlepszym gatunku: wyjęte są z ryb wyborowych, po jednej sztuce, z łososi i innych ryb szlachetnych. Słusznie – kto chciałby stosować prezerwatywę z jakiegoś plebejskiego śledzia czy makreli, że o uwłaczającej rozmiarowo szprotce nie wspomnę? I znów nazwy: Perfect (reklamowy standard), Sans rial (ciekawe i, jeśli rozumieć
dwojako, niepokojące) oraz Non plus ultra. O, przygody cytatów biblijnych (i to z Księgi Hioba...)!
Dla najwybredniejszych są atrakcje najdziksze: prezerwatywy gumowe w lepszych gatunkach w opakowaniu fantazyjnem. A to: w papierośnicach kartonowych w form. album. z napis. „Klasyczna niezapominajka”, W pudełku z oprawą niklową, W papierośnicy ze skóry czerwonej i W pudełku z imitowanej kości słoniowej z zasówką (sic!). Oprócz tego opakowanie może być w formie owoców, kwiatów, bombonierek, itp., itp. Podwójne „itp.” prowadzi moją wyobraźnię na dalekie manowce. Idźmy jednak dalej przez sklep Drehera.
**ZOBACZ TAKŻE:
Spod lady
Obok niezbyt atrakcyjnie opisanych prezerwatyw dla Pań wynalazku D-ra Earlet'a (uwagę zwraca tylko zapewnienie, że są stanowczo nieszkodliwe oraz dopisek, że przy zamawianiu trzeba wymienić ilość porodów, ażeby wysłać odpowiedni numer) i Paryskich gąbek ochronnych (Safety sponges) z siatką i bez siatki (nazwy: Union, Victoria, Globus - nie hystericus chyba?), wzierników macicznych i Przepasek Diana trafiamy na dwie ciekawostki. Po pierwsze tajemnicze Ostrogi (Łechtaczki) gumowe pojedyncze i podwójne, w tym model na palec – może służyły własnoręcznemu wykonywaniu zabiegów, na których czasochłonność skarżyli się lekarze przed wynalezieniem elektrycznych wibratorów?
Po drugie: Piersi gumowe damskie (drugi przymiotnik zdaje się sugerować, że były jeszcze piersi gumowe męskie, ale to raczej niemożliwe; choć, z drugiej strony, skoro w sprzedaży były prezerwatywy krokodylowe..? Mniejsza o to). Piersi z patentowanej gumy, które gdy się nadmucha, nie odróżniają się od naturalnych piersi na ilustracji wyglądają dość przerażająco, jak napierśniki walkirii z pompką dochodzącą do mostku i małymi sutkami, przypominającymi nieco źrenice sowy. Za 7 rubli i 50 kopiejek można było kupić większe, cieliste, artystycznie wykończone; średnie kosztowały 4 ruble i najwyraźniej wykończone były niezbyt artystycznie. Najtańsze były małe, z czarnej patentowanej gumy – to „czarnej” niepokoi tu najbardziej. Jakże to – czarne, a mimo to nie odróżniają się od naturalnych piersi? Oczywiście, dekolt był wtedy nie do pomyślenia, kobiety zapięte były pod samą szyję. Jeśli piersi nie odróżniały się, to wyłącznie kształtem, a nie kolorem. Ledwie 3 ruble za parę. Czy można było kupić pierś
pojedynczą? Tego cennik nie zdradza.
**ZOBACZ TAKŻE:
Spod lady
Kiedy czytam na internetowych forach pomstowanie na „te paskudztwa, które sprzedaje się na Allegro”, te „odrażające seksszopy przy samej Marszałkowskiej” przypominam sobie poczciwego Juljana Drehera i jego sklep na Szpitalnej 6, a potem na Marszałkowskiej 140, w których już sto lat temu sprzedawano prezerwatywy drażniące secesyjne zaopatrzone w kolce drażniące. I łechtaczki podwójne na palec.
**ZOBACZ TAKŻE: