Sielskość realiów, w których egzystują postaci, kontrowana jest zazwyczaj niespodzianym zgrzytem, zaś z początkowej tkliwości wyłania się okrucieństwo, wstrząs. Czasem jest to jedno zdanie, częściej - atmosfera niepokoju, zagrożenia i lęku towarzyszy nam od samego początku i tylko czekamy, aż ta Hitchcockowska strzelba wypali, aż z trzeszczącej od pierwszych zdań szafy wreszcie wypadnie trup. W sztampowe historie, od których uginają się półki księgarskie, historie zaludniane przez równie szablonowe postaci, Mantel wplata nagle jakiś dysonans, który przenicowuje całą, zdawałoby się, przewidywalną i oklepaną, narrację. Niektóre z opowiadań podszyte są, dodatkowo, ciepłą nostalgią, tęsknotą za dzieciństwem – nawet, jeśli i ono poznaczone jest głębokimi rysami zaburzającymi beztroską idyllę. W części z nich znajdziemy humor, czasem cierpki, ironiczny, nierzadko mroczny, zawsze jednak znamionujący lekki dystans, jaki pisarka ma do swych bohaterów nawet, jeśli niektóre z opowiadań wydają się być obdarzonymi
autobiograficznym sznytem.