To już koniec. Tak legendarny zespół pożegnał się z polskimi widzami
Zespół Uriah Heep miał to szczęście i nieszczęście, że powstał w tym samym okresie, co Led Zeppelin, Black Sabbath czy Deep Purple. Nie dokonał więc może muzycznej rewolucji, jednak on także zasłużył na miano legendy brytyjskiego rocka. W niedzielę weterani mocnego grania wystąpili na pożegnalnym koncercie w Polsce.
Historia grupy zaczęła się w 1967 roku w Londynie, gdy 20-letni gitarzysta Mick Box, poszukując nowego wokalistę do zespołu Stalkers, zaangażował Davida Byrona. Dwa lata później, gdy dołączył do nich Ken Hensley (instrumenty klawiszowe, gitara), zespół przyjął nazwę Uriah Heep, która została zaczerpnięta z powieści Charlesa Dickensa "David Copperfield". To nazwisko nosił chciwy i obłudny bohater, który knuł intrygi, aby zdobyć majątek swojego pracodawcy. Dość oryginalny pomysł na nazwę zespołu.
Sara Dragan jest światowej klasy skrzypaczką. "Rodzice nie chcieli, bym szła w tę stronę"
Warto podkreślić, że w latach 70. Uriah Heep był jednym z najpopularniejszych zespołów rockowych na świecie. Już debiutancki album przyniósł im hity ("Gypsy", "Come Away Melinda"), zaś jego intrygująca okładka stała się dziełem przełomowym. Przedstawia owiniętą pajęczynami wykrzywioną w niemym krzyku twarz wokalisty Davida Byrona. Pajęczyna i krzyk były interpretowane jako metafora udręki, wyzwolenia, transformacji – motywy, które często pojawiają się w tekstach Uriah Heep. Wizualna prowokacja okazała się tak skuteczna, że w Stanach "poproszono" zespół o zmianę "za mocnej i zbyt niepokojącej" okładki. W tamtych czasach ludzie byli bardziej wrażliwi niż dziś…
Od razu dodajmy, że z tej legendarnej trójki muzyków do Polski przyjechał tylko lider Uriah Heep Mick Box. David Byron zmarł już w 1985 roku, Ken Hensley odszedł z tego świata w 2020 roku. Nie żyje już także Trevor Bolder, który dołączył do zespołu w połowie lat 70. i grał w nim na gitarze basowej. Tak więc, jeśli tylko pojawia się możliwość wybrania się na koncert jakiejś muzycznej legendy, trzeba korzystać z tej niepowtarzalnej już często okazji.
Micka Boxa i Uriah Heep w Polsce więcej już nie zobaczymy. Niedzielny koncert w Hali Orion we Wrocławiu był pożegnalnym występem w naszym kraju. Stolica Dolnego Śląska ma zresztą symboliczne znaczenie dla historii grupy, ponieważ właśnie w tym mieście zagrali swój pierwszy koncert w Polsce. Odbył się on w 1989 roku w ramach festiwalu... Jazz nad Odrą. Dwa lata wcześniej Uriah Heep wystąpił w Moskwie, na koncertach, które zgromadziły 180 tys. widzów. W ten sposób brytyjski zespół stał się pierwszą zachodnią grupą hard rockową, która zagrała w Związku Radzieckim.
"Uwielbiamy grać w Polsce. Pierwszy raz wystąpiliśmy u was, kiedy byliście jeszcze oddzieleni od świata żelazną kurtyną. Podczas kolejnych wizyt mieliśmy przyjemność obserwować, jak Polska się zmienia. To było niesamowite. A my zmienialiśmy się razem z wami. Grupa przechodziła różne koleje losu, ale szczęśliwie wróciliśmy do grania mocnego rocka" – powiedział Mick Box w rozmowie z "Teraz Rock".
I właśnie mocnym brzmieniem weterani pożegnali się w polskimi widzami podczas koncertu we Wrocławiu. To był Uriah Heep jaki pamiętamy z ich pierwszych płyt "Very 'Eavy... Very 'Umble", "Salisbury", "Look At Yourself", "Demons And Wizards", "The Magician’s Birthday".
Jeśli nazwa zespołu niewiele mówi współczesnemu słuchaczowi, to zapewniam, że ich przeboje wciąż są puszczane w stacjach radiowych i rozpozna je wiele osób. Na przykład utwór "Lady In Black". Pacyfistyczna pieśń o folkowym rodowodzie, z zapadającą w pamięć melodią i rockowym uderzeniem w finale, którą podczas pożegnalnego koncertu w Polsce śpiewali widzowie. A zjechali się oni tłumnie z całego kraju, by po raz ostatni usłyszeć na żywo niezapomniane gitarowe riffy Micka Boxa, syntezatorowe akordy Phila Lanzona i charakterystyczny wokal Bernie’ego Shawa (obaj dołączyli do zespołu w 1986 roku).
"Kwintesencją stylu Uriah Heep była niespotykana wcześniej w hard’n’heavy ‘wokalność’, aranżacyjne rozpasanie, organowo-gitarowa moc, lekkość melodii. Po prostu muzyczni czarodzieje" – czytamy w "Teraz Rock". Ich muzyka na pewno pozostanie nieśmiertelna.