- Za gruby? Pewnie, że nie - odparł Dickstein. - Ten kraj wciąż żyje na żelaznych racjach. Ale jakoś sobie radzimy.
- Nie jadłeś najlepiej...
- Ale jadłem - uśmiechnął się Dickstein.
- Dostałeś się do niewoli.
- W La Molina.
- Jak cię, do diabła, dopadli?
- Pocisk strzaskał mi nogę - odparł Dickstein, wzruszając ramionami. - Straciłem przytomność. Ocknąłem się w niemieckim wagonie.
Cortone spojrzał na nogi przyjaciela.
- Dobrze złożona?
- Miałem szczęście, w pociągu dla jeńców był medyk i nastawił kości.
Włoch pokiwał głową.
- A potem w obozie...? - Pomyślał, że może nie powinien o to pytać, ale chciał wiedzieć.
Dickstein umknął spojrzeniem w bok.
- Było w porządku, dopóki nie odkryli, że jestem Żydem. Może herbaty? Niestety, nie stać mnie na whisky.
- Nie, dzięki. - Cortone najchętniej w ogóle by się więcej nie odzywał. - A co do whisky, rano już jej nie pijam. Życie wcale nie jest takie krótkie, jak się zdaje.
Dickstein znów podniósł wzrok.
- Postanowili sprawdzić, ile razy można złamać nogę w tym samym miejscu i na powrót ją złożyć.
- O Jezu... - wymamrotał Cortone.
- To jeszcze było najlepsze ze wszystkiego - stwierdził Dickstein beznamiętnie. Znów spojrzał gdzieś przed siebie.
- Skurwysyny - syknął Cortone. Nic innego nie przychodziło mu do głowy. Twarz Dicksteina nabrała jakiegoś obcego wyrazu, którego Cortone nigdy przedtem u niego nie widział. Po chwili uprzytomnił sobie, że maluje się na niej lęk. Dziwna sprawa, przecież najgorsze już się skończyło, pomyślał. - No dobra, do licha, w końcu wygraliśmy, no nie? - powiedział i klepnął przyjaciela po plecach.