Rzecz jasna, nie mamy co liczyć na jakąś rewolucję w rozkładaniu akcentów czy palecie barw. Winni mogą od czasu do czasu pobłądzić, ale nie ulega wątpliwości, że to oni są tymi dobrymi i nie chcą nikogo skrzywdzić. Zło przychodzi z zewnątrz - czy to pod postacią sąsiadki - kolaborantki, czy dwulicowego pierwszego męża Ani, który na żydowskim złocie buduje w powojennej stolicy swoje przestępcze imperium. Ale nawet taki wyrodek ma w sercu okruch dobra (inaczej wszak Ani by nie pokochał!) i na coś się Winnym przyda, odkupując w ten sposób część swoich grzechów. Podobnie naiwnych, przerysowanych obrazków w powieści nie brakuje, weźmy choćby niezwykłą amerykańską karierę Jaśka. Jeśli już jacyś Winni, jak Kajtek z rodziną, uciekają z Brwinowa, zostają kolaborantami, wstępują do UB - dla pozostałych przestają istnieć (choć na pogrzeb nestorki rodu się ich zaprosi, nie będą mieli odwagi pokazać się bliskim na oczy). W powojennej Polsce w szeregi PZPR też wstąpią tylko mężowie Ani i Mani, by ułatwić życie żonom i
dzieciom, które chciałyby pójść na studia. Komu jednak przeszkadzała czarno-biała poetyka tej historii, ten pożegnał się z nią już po pierwszym tomie.