„Ostatnia wola” jest całkowitą odwrotnością „Tajemnicy szkoły dla panien”, i to właściwie pod każdym względem. „Szkoła…” to portret sympatycznego miasteczka i jego nie mniej sympatycznych mieszkańców, którym niełatwo przypisać krwawe i brutalne zbrodnie, za to pałac w Janowcu, w którym toczy się akcja „Ostatniej woli”, jest teatralną sceną, chirurgicznym cięciem wypreparowaną z otaczającej rzeczywistości. Sam pałac został tak zaaranżowany przez zdziwaczałą testatorkę, jakby został zbudowany specjalnie na tę noc prawdy, kiedy to wszyscy obecni usłyszą głośno wypowiedziane rzeczy, których woleliby nigdy nie słyszeć. Kto liczył na wielkopańską tradycję, ucztę i bal – dostanie udziwnioną scenerię, puste talerze i – na pociechę – bardzo dużo dobrych, błyskotliwych, krwistych dialogów (zbrodnie tym razem są salonowe, nie krwiste). Konstrukcja zagadki i szermierka słowna na bardzo wysokim poziomie, emocji dla czytelnika za to niewiele, bo sympatię wzbudzają tylko dwie postacie, o co do których jesteśmy przekonani,
że mają czyste ręce i że przeżyją do końca. A cała reszta bystrych dyskutantów niech się morduje do woli i do skutku.