Wszystko w czekoladzie
Zaparkowałam obok żiguli i zobaczyłam Wołkowa. Stał obok klatki w cieniu daszku i palił. Zobaczył mnie i ruszył w moją stronę; wyszłam z samochodu i skinęłam mu głową.
Światło latarni oświetlało przestrzeń przed klatką, Wołkow popatrzył na mnie, skrzywił się i powiedział:
– Parszywie wyglądasz.
– Dzięki.
– Mówię poważnie. Może przestań pić?
– Przyganiał kocioł… – prychnęłam.
– Jak pije mężczyzna, to jest normalne, ale gdy pije kobieta…
– Wal się, dobra? Jak pracuję, to nie piję.
– Trzeba zasugerować Dziadkowi, żeby zawalił cię robotą.
– Nie wyobrażaj sobie, że moje życie to nieustająca zabawa.
– W najbliższym czasie zabawa faktycznie nie jest przewidziana.
– No to co to za problemy? – zainteresowałam się.
– Sama zobaczysz.
– Ale może jednak mi powiesz, po jakie licho wyciągnąłeś mnie z łóżka?
– Najciekawsze zostawmy na koniec – prychnął Wołkow.
– Na początek zajrzyj, co tam mamy.
– Muszę? – spytałam sceptycznie.
– Musisz. – Skinął głową.
Weszliśmy na pierwsze piętro. Na klatkę schodową wychodziły drzwi czterech mieszkań. Jedne z nich były otwarte, przed nimi stało dwóch mężczyzn i trzy kobiety w średnim wieku z przerażonymi twarzami, pewnie sąsiedzi. Na nasz widok odsunęli się; gdy weszliśmy do przedpokoju, Wołkow powiedział:
– W pokoju…
Zrobiłam kilka kroków. Mieszkanie jednopokojowe, ale pokój duży, ze dwadzieścia pięć metrów; pełnił jednocześnie funkcję salonu i sypialni. Ciężkie zasłony zaciągnięte, pod ścianą naprzeciwko niski tapczan, przykryty narzutą i aksamitnymi poduszkami, meble z antykwariatu, a za chińskim parawanem łóżko z drewnianym oparciem; kupione w niedrogim sklepie wyglądało tu jak z innej bajki. Przy łóżku stało dwóch mężczyzn po cywilnemu, coś leniwie omawiali. Dwóch innych kręciło się po mieszkaniu. Młody chłopak w okularach, pogwizdując pod nosem, zdejmował odciski palców z dwóch kieliszków z czeskiego szkła, stojących na niskim stoliku. Na podłodze pod jego nogami leżała butelka koniaku. Chłopak obejrzał się i skinął mi głową.
– Cześć.
– Dzień dobry wszystkim – powiedziałam głośno. Dopiero teraz wszyscy obecni zwrócili na mnie uwagę i odpowiedzieli:
– Dzień dobry.
– Nie muszę was przedstawiać – oświadczył Wołkow. – Sprawa, którą tu mamy, powiedzmy sobie szczerze… Krótko mówiąc, Olga Siergiejewna będzie nam pomagać w miarę sił.
Na twarzach mężczyzn pojawiły się uśmieszki, które niemal od razu zniknęły. Poważnie skinęli głowami jakby nigdynic; tylko okularnik kontynuował swoją pracę, uśmiechając się do mnie radośnie.
Pogrzebałam w pamięci i przypomniałam sobie, że ma na imię Wiaczesław, imienia odojcowskiego nie pamiętałam, ale to było nieważne. Wołkow poznał nas tej zimy na jakichś obchodach, poświęconych kolejnej rocznicy.
Ja przemawiałam w imieniu fundacji „Honor i Godność”, założonej przez Dziadka. Dziadek miał hopla na punkcie różnych fundacji, rosły jak grzyby po deszczu i we wszystkich kimś byłam, nieodmiennie występując na różnych fetach w roli „gościa honorowego”. Dwóch mężczyzn znałam całkiem nieźle, a jednego wcale, jeśli nawet gdzieś go widziałam, to nie miałam pojęcia gdzie. Za to oni patrzyli tak, jakby mnie znali na wylot, i pewnie tak właśnie było.
– Zechce pani spojrzeć? – zapytał jeden z nich, wskazując głową łóżko. Podeszłam bliżej. Mężczyźni odsunęli się, a ja na chwilę zamknęłam oczy. Trup to trup i trudno spodziewać się przyjemnego widoku, jednak ten widok był wyjątkowo nieprzyjemny. Potarłam nos i zmusiłam się do otwarcia oczu. Mężczyźni czekali w milczeniu. Odchrząknęłam i spojrzałam na zamordowaną dziewczynę. Ciężko było teraz ocenić jej wiek… Wyglądała strasznie: oczy wyszły z orbit, z otwartych ust wystawały pogniecione dolary, szyja okręcona pończochą, głowa lekko uniesiona i dziwnie wykręcona, koniec pończochy przymocowany do pleców łóżka. Najprawdopodobniej skręcono jej kark. Ale morderca wyraźnie doszedł do wniosku, że to za mało, i rozciął jej brzuch, a potem skrupulatnie wyjął jego zawartość i rozłożył na łóżku po obu stronach ciała. Pościel była zalana krwią, a na ścianie nad głową zabitej widniało przesłanie od szalonego mordercy – wielkimi literami nasmarowano krwią napis „SUKA”.
– No i co powiesz? – zapytał Wołkow, podchodząc bliżej.
– Robi wrażenie – odwróciłam się szybko.
– No właśnie. Jakieś domysły?
– Psychopata.
– To jasne. A inne cenne uwagi?
– Nie. Mam za to pytanie.
– Poczekaj. Czyli nic wartościowego nie przychodzi ci do głowy?
Obejrzałam pokój, usiłując zrozumieć, czego Wołkow ode mnie chce. Panował tu wzorowy porządek, jeśli nie liczyć zakrwawionego łóżka, napisu i butelki na podłodze.
– Nie stawiała oporu? – zauważyłam.
– Żadnych śladów walki. Nie miała na sobie nic prócz majtek.
– Nie zgwałcił jej?
– Na to pytanie odpowie specjalista, ale mogę się założyć, że nie.
– Dlaczego on, a nie ona? – zapytał Sławik, podchodząc bliżej.
– Jakoś nie słyszałam o kobietach psychopatach – zauważyłam z uśmiechem. – A to robota psychopaty.
– Akurat. – Wołkow pokręcił głową. – Napis widzisz?
– Zazdrość?
– Czemu nie?
– No to poszukaj wśród jej przyjaciół. Komuś się nie spodobało, jak dziewczyna spędza czas, i wziął sprawy w swoje ręce. Jak ona się nazywa?
– Ałła Dmitrijewna Kudrina. Tancerka w klubie nocnym „Piramida”. Czym tak naprawdę się tam zajmowała, wiesz najlepiej.