i przymykam jedno oko, po prostu znika. Zaglądam z tyłu – otwór znowu się pojawia, ale nie widać już w nim mojego pokoju, tylko korytarz pensjonatu. Gapię się na niego przez kilka sekund i z wahaniem wyciągam rękę. Moja dłoń wsuwa się w prostokąt gładko, bez żadnego oporu, wyczuwam tylko różnicę temperatur – na korytarzu jest chłodniej niż tutaj. Hm… Jeśli przeszedłbym teraz na korytarz, co zobaczyłbym za sobą? Swój pokój czy ogród? Nie wiem, sprawdzę za chwilę. Odwracam się i patrzę za siebie. Kilka metrów ode mnie są kolejne korkociągowe drzewa – z tej strony rosną bliżej. Stoję na czymś w rodzaju polanki, tyle tylko, że ma ona bardzo regularny kształt, na oko zbliżony do kwadratu. Spoglądam pod stopy. Źdźbła tej dziwnej, delikatnej trawy są bardzo cienkie, niewiele grubsze od włosów. W dodatku rosną niezwykle gęsto – jak futro. Dziwne. Schylam się ostrożnie i udaje mi się ich dotknąć. W dotyku przypominają włosy, uginają się miękko, a kiedy przesuwam po nich palcami, przylegają do mojej skóry – czuję
leciutkie wyładowania i trzaski. Zupełnie jak wtedy, gdy dotykam swoich włosów zaraz po zdjęciu przez głowę wełnianego swetra! Ciekawe, jakie są w dotyku drzewa? Nic się chyba nie stanie, jeśli przejdę te parę metrów i sprawdzę… Koniec kuli zagłębia się w trawie, ale ziemia pod nią jest zwarta i sprężysta.