Narracja powieści prowadzona jest z perspektyw różnych członków rodziny, w tym też chorej Claire, co doskonale obrazuje swoiste zarażenie Alzheimerem całej rodziny. Nikomu nie jest łatwo, ani dwudziestojednoletniej Caitlin, która, choć dorosła, nie zawsze czuje się na siłach, by sprostać trudnej sytuacji, ani Gregowi, który z bólem patrzy, jak jego miłość powoli zatraca siebie. Czy ich postawy, czasem pełne niezrozumienia, butne, zupełnie bezsilne i zlęknione, a czasem pełne empatii i miłości można jakkolwiek oceniać? Czy powinni robić mniej lub więcej? Inaczej odczuwać, inaczej się zachowywać, podejmować inne decyzje? Trudno powiedzieć, bo i trudno wyobrazić sobie sytuację, w której się znaleźli. A jak odnieść się do Claire? Na to nie ma uniwersalnej odpowiedzi… Żadna nie będzie dobra. Wydawałoby by się, że w warsztat literacki, w ową narrację, w styl, wkrada się pewien chaos. I chyba można się pokusić o interpretację, jakoby Coleman wprowadziła demencję w stylistykę powieści i użyła jej jako swego
rodzaju figury retorycznej. Nie bez znaczenia jest również indywidualne, emocjonalne podejście czytelnika – to nie jest radosna, rozrywkowa powiastka, więc i nie sposób czytać ją luźno, dla relaksu. Łatwo zatracić się w gąszczu niezrozumiałych zachowań i słów chorej świadomości, które nie potrafią znaleźć właściwego odniesienia. I emocji bohaterów. Ale, jak zostało wspomniane, to kwestia indywidualna.