Zbyt dużo blondynek

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Rozdział dziesiąty Pokoje przesłuchań są zazwyczaj brzydkie i ten nie stanowił wyjątku. Na szczęście sierżant Hawkins wydatnie podniósł jego walory estetyczne, zdejmując swoją straszliwą kurtkę. Właściwie samo słowo kurtka stanowiło zbyt wielki zaszczyt dla tej szmaty.

Detektyw inspektor Monroe palił właśnie papierosa i zaproponował mi herbatę, co prawdopodobnie oznaczało, że usiłuje mnie zmiękczyć przed przesłuchaniem. Odmówiłam, nie tyle po to, żeby zachować przewagę psychologiczną, co dlatego, że przez ostatnich kilka dni wypiłam całe litry herbaty i zastanawiałam się, czy poziom teiny w mojej krwi nie przekroczył pięćdziesięciu procent.

Inspektor kazał mi raz jeszcze opowiedzieć o wydarzeniach tamtego popołudnia, ale dobrze widziałam, że zmierza do czegoś innego. Odpowiadałam bez trudu, niemal automatycznie. Jak to miło dla odmiany nie musieć kłamać.

- Czemu we wtorek nie powiedziała nam pani, że to nie pierwszy przypadek gwałtownej śmierci, w który jest pani zamieszana? – zapytał nagle, jakby chciał mnie zbić z tropu.
Wiedziałam, że prędzej czy później do tego dojdą. To są właśnie ciemne strony komputeryzacji.

- W tę raczej nie jestem zamieszana, nie licząc faktu, że znalazłam zwłoki – zauważyłam.

- To chyba weszło już pani w nawyk – powiedział sarkastycznie. – To znajdywanie zwłok.

- Mam nadzieję, że nie – warknęłam. – Sierżant Hawkins nadal ma moją ulubioną koszulkę oraz inne rzeczy. Jeżeli podobna sytuacja będzie się powtarzać, niebawem nie będę się miała w co ubrać.

Zapalił kolejnego papierosa, po czym przeszył mnie wzrokiem, w którym błyszczała inteligencja. Najwyraźniej zorientował się, że sarkazmy na mnie nie działają, więc postanowił zmienić taktykę.
- A jednak musi pani przyznać, że to ciekawy zbieg okoliczności – zasugerował uprzejmie.
- Owszem.
- Oczywiście nie została pani oskarżona ani osądzona, pani Jones. Koroner wydał werdykt o nieszczęśliwym wypadku. – Spojrzał na mnie surowo. – Co było pewnym niedopowiedzeniem, nie uważa pani?
- Zabiłam w obronie koniecznej – oświadczyłam stanowczo, spychając wspomnienia w najdalszy kąt umysłu. Nie zamierzałam roztrząsać tego wszystkiego teraz, kiedy Monroe obserwował każdy mój ruch. – Czemu nie porozmawia pan z inspektorem Finchamem? Kiedyś pracował na tym posterunku. Prawdopodobnie wytłumaczy panu, że nie jestem psychopatyczną morderczynią, która od czasu do czasu musi sztachnąć kogoś po głowie. Chociaż nie sądzę, żeby ujął to w tak bezpośredni sposób.
- Już rozmawiałem – odparł nieoczekiwanie. – Inspektor poręczył za panią.
- Jak miło.
- I powiedział, że na moim miejscu nie wierzyłby w tę historyjkę, którą pani nam zaprezentowała na przesłuchaniu.

Popatrzyłam na niego zranionym wzrokiem.
- Zasmucił mnie pan. Naprawdę. A może mówi pan tak tylko dlatego, że jest pan zazdrosny o moją przyjaźń z inspektorem Finchamem?

Monroe niecierpliwym gestem zdusił niedopałek.
- Czy jest pani w posiadaniu jakichś informacji na temat śmierci Lindy Fillman, którymi chciałaby się pani z nami podzielić?
- Powiem wam, kto jej nie zabił. Derek. Jej chłopak.
- Nie pani pierwsza tak twierdzi – odparł inspektor, unosząc brew.
- O, nie wiedziałam. A tak lubię być oryginalna.
- Dlaczego sądzi pani, że to nie pan Brewster jest winny?
- Pan Brewster, czyli Derek, tak?

Inspektor patrzył na mnie przez chwilę ze zdziwieniem.
- Czy wy w ogóle nie znacie nawzajem swoich nazwisk?
- Wszyscy chodziliśmy do szkoły – wyjaśniłam. – To leczy ludzi z używania nazwisk do końca życia. Derek pewnie przez lata był nazywany „mały Brewster”. A to powoduje głębokie, psychologiczne rany. Takie blizny nigdy się nie goją.

Hawkins uśmiechał się dyskretnie, a Monroe obrzucił mnie spojrzeniem, w którym dezaprobata przeważała nad szacunkiem.
- Ale wracając do spraw podstawowych – ciągnęłam – chcecie wiedzieć, dlaczego moim zdaniem pan Brewster nie zabił Lindy. To znaczy, pani Fillman – dodałam uprzejmie. – Znam odpowiedź. Dostanę nagrodę? No cóż, w każdym razie, ogólnie rzecz biorąc dlatego, że Derek nie skrzywdziłby muchy. To po prostu nie w jego stylu. Gdyby pokłócił się z Lindą, po prostu by ją zostawił. Czemu nie? Już porzucił jedną dziewczynę, z którą ma dziecko.
- Ale nie zaprzeczy pani, że jak do tej pory wydaje się najbardziej podejrzany. Mógł wejść do męskiej siłowni i zabrać hantle, nie zauważony przez pana... – Inspektor miał zamiar wymienić nazwisko Briana, ale się powstrzymał. – Niezauważony. Jedyna osoba poza nim, którą widziano wchodzącą na którąś z hal to sama ofiara. Ale raczej nie przekonuje nas teoria o samobójstwie.

Jak ja lubię ten policyjny sarkazm. Jest tępy jak kłoda drzewa.
- W biurze stały zapasowe hantle – powiedziałam.
- Pan... Jeff Roberts twierdzi, że nikt ich nie ruszał. A ponieważ nikt nie wie ile ich tam stało na początku, nie sposób niczego stwierdzić.
- Dwa albo trzy – pośpieszyłam z odpowiedzią. – I, mówiąc bez uprzedzeń, proszę wziąć pod uwagę, że jeśli Jeff jest winny, to nie mógłby zeznać nic innego.
- Ach, więc tak pani uważa?
- Po prostu zwracam uwagę na oczywiste fakty.
- A Naomi Fisher? W swoim zeznaniu powiedziała pani… chwileczkę… że „bardzo się spieszyła i miała zamyślony wyraz twarzy”. Chciałaby pani coś dodać?

Nie dało się tego uniknąć.
- Była wściekła. Ewidentnie poirytowana – powiedziałam wolno.
- Z jakiego powodu?
- Nie wiem, nie znam jej.
- Ale zna pani Dereka Brewstera i to w wystarczającym stopniu, by orzekać o jego charakterze.
- Tak.
- Ma reputację podrywacza, prawda, pani Jones?

Popatrzył na mnie tak uważnie, jakby sądził, że ja sama miałam romans z Derekiem.
- Derek i dziewczęta znakomicie się dogadują – potwierdziłam. Nie było sensu zaprzeczać.
- A czy Naomi Fisher nie należała do jego podbojów?
- Naprawdę nie wiem.
- Ponieważ twierdzi, że spędziła niemal pół godziny w piwnicy na poszukiwaniu rzekomo zaginionego kolczyka. A zważywszy, że pani ...eee... Felicity Brady stanowczo wyklucza, żeby Fisher mogła niepostrzeżenie wejść na siłownię, to nie widzimy wytłumaczenia dla tak długich poszukiwań. Nie zgodzi się pani?
- Szczególnie, że zapytana nie potrafiła opisać owego kolczyka – dodał sierżant Hawkins.
- Pewnie dlatego tak długo szukała – powiedziałam niefrasobliwie. – No już dobrze, przepraszam. Ale w takim razie co robiła, waszym zdaniem? Mordowała Lindę? Z jakiego powodu? I czym? Skąd wzięłaby hantle?
- Sądzimy, że czekała na Dereka Brewstera – oświadczył inspektor, wbijając we mnie wzrok. – Być może nawet byli umówieni.
- To ostatnie raczej odpada. Nie sądzę, żeby Derek świadomie podjął ryzyko, że jego dziewczyna przyłapie go na figlach z Naomi w męskiej przebieralni.
- Dlaczego w męskiej przebieralni? – podchwycił natychmiast Hawkins.

Obróciłam się i popatrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami.
- A gdzieżby indziej? – zapytałam, prostując niedbale nogi. Musiałam mieć się przed nim na baczności. Nic nie uchodziło jego uwadze.
Monroe otworzył kolejną paczkę.
- Inspektor Fincham wspominał, – zaczął ostrożnie – że kiedy panią poznał, właśnie straciła pani przyjaciela i okoliczności jego śmierci wydawały się pani mocno podejrzane. Nie dalej jak parę tygodni później została pani... nazwijmy to: zamieszana... w kolejną zbrodnię. Inspektor Fincham uważa, że te wypadki jakoś się ze sobą łączyły, jakby druga zbrodnia stanowiła swojego rodzaju zemstę za pierwszą, jeżeli wolno mi się tak melodramatycznie wyrazić.
- Widać inspektor Fincham ogląda za dużo serialu „Poirot prowadzi śledztwo”. Nasłuchał się o tych małych szarych komórkach i teraz popuszcza wodze fantazji.
- Może – detektyw Monroe popatrzył na mnie tradycyjnym, twardym spojrzeniem amerykańskich glin, które wszyscy papugują po aktorach z telewizji.
- Jest pani wolna, pani Jones – powiedział po dłuższej chwili.
- Według rozkazu – odparłam, po czym odwróciłam się do sierżanta Hawkinsa. – Czy mogę liczyć na obiecane podwiezienie do domu?

*** Po raz pierwszy w życiu jechałam na przednim siedzeniu radiowozu. Bawiłam się wszystkimi guziczkami, w nadziei, że rozzłoszczę sierżanta Hawkinsa, ale on nie zwracał na mnie uwagi, więc dałam za wygraną. Przez dłuższą chwilę milczeliśmy oboje. W końcu nie wytrzymałam z nudów.

- Myślałam, że chciał mnie pan odwieźć, żeby wykorzystać moment nieuwagi i zrobić mi wiwisekcję mózgu. A może stara się pan o licencję szofera i potrzebuje praktyki?
- To pierwsze – odparł, nie spuszczając wzroku z drogi.
- W takim razie czy nie powinien pan już zacząć usypiać mojej czujności? Prawie dojechaliśmy.
- Zdaje sobie pani sprawę, że pani alibi zależy w głównej mierze od zeznania Jeffa Robertsa? – zapytał nieoczekiwanie, choć nie bez uśmiechu.
Wzruszyła ramionami.
- To co? Wiem, że tego nie zrobiłam i wiem, że pan też wie. Jaki mogłam mieć motyw?
- Na przykład zazdrość o Dereka Brewstera. Zdaje się, że to najbardziej chodliwy motyw wśród podejrzanych płci żeńskiej – zasugerował.
- Wy faceci chyba zbyt wysoko szacujecie możliwości Dereka – powiedziałam sucho.
- Mówi pani z własnego doświadczenia, pani Jones?
- Mam na imię Sam. I nie bądź wulgarny.

Zaparkowaliśmy pod moim mieszkaniem. Sierżant zaciągnął hamulec ręczny, nie gasząc silnika, po czym odwrócił się do mnie, ewidentnie zamierzając coś powiedzieć.
- Tak, czekałeś na tę chwilę – oświadczyłam kordialnie. – Nie sądź, że uważam taką procedurę przesłuchania za standardową. Niech zgadnę, o co wam chodziło: ty zjawiasz się bez uprzedzenia, wzywasz mnie na komendę i masz nadzieję, że się wystraszę. Ale Monroe traktuje mnie nadspodziewanie pobłażliwie, usiłuje mnie zmiękczyć, więc odwozisz mnie do domu, żeby dać mi przyjacielską rade, że nie należy zatrzymywać dla siebie żadnych informacji, bo to może być niebezpieczne. Oczywiście robisz to w nadziei, że jako słaba kobietka opowiem ci teraz wszystko, co wiem.

Hawkins zachował minę pokerzysty. Dostał u mnie dużego plusa.
- Inspektor Fincham poinformował inspektora Monroe, że jeżeli w twoim otoczeniu zdarzyła się gwałtowna śmierć, to nie sposób cię powstrzymać przed wsadzaniem nosa w śledztwo. No, chyba, że to ty sama ją spowodowałaś. Powiedział też, że jesteś zawzięta jak buldog.
- Hm, jaki komplement. Buldog z wielkim nosem.
- I jeszcze, że gdybyśmy wsiedli ci na kark, to wyjdziesz z siebie, byleby tylko nam nie pomóc. Więc, owszem, rzeczywiście stosujemy super miękkie podejście. – Popatrzył mi prosto w oczy. – Ale chyba się nie zamierzasz skarżyć? Wolisz, żebyśmy ci naprawdę dokopali?

Naprawdę ładnie to wszystko ujął. Co oczywiście nie znaczyło, że zamierzałam odpuścić.
- Więc gdybym zdobyła jakieś informacje, powinnam natychmiast przybiec z nimi do was z wywieszonym ozorkiem i merdającym ogonem, czy tak? – spytałam najsłodszym tonem, na jaki potrafiłam się zdobyć.
- Brzmi ciekawie. Szczególnie ostatnia część twojej wypowiedzi.
- Och, przestań... – Odpięłam pasy. – Czy to już wszystko na dzisiaj? Nie planowałeś przypadkiem podstępnego przepytywania w chwili mojej nieuwagi?
- To nie zabawa. Ktoś zabił Lindę Fillman – oświadczył z poważnym spojrzeniem błękitnych oczu.

Nagle zauważyłam, że ma ładne usta, bardzo proste, jakby w każdej chwili mógł je zmiękczyć, gdyby tylko zechciał.
- Wiem! – warknęłam. – Warto by było pomyśleć czasem, kto to zrobił.
- Jeżeli naprawdę martwi cię, że podejrzewamy Dereka Brewstera, powinnaś powiedzieć nam wszystko, co wiesz.
- Merdając ogonem. Zapamiętam.
Wysiadłam, zamykając drzwi za sobą. Spodziewałam się usłyszeć szum zapuszczanego silnika, ale zamiast tego rozległ się trzask jego drzwi. Błyskawicznie znalazł się przy mnie.
- Twoje ubrania – powiedział, podając mi reklamówkę.
- Dzięki – odparłam niespecjalnie uprzejmie. Stał tak blisko, że jego obrzydliwa kurtka niemal dotykała mojej. Popatrzyłam mu w oczy.
- Jeżeli zastanawiasz się, jakich perfum używam, to Fidji – powiedziałam, spychając włosy na jedno ramię i przekręcając głowę. Nadal nie spuszczałam z niego wzroku. Miałam nadzieję, że się zarumieni, ale wytrzymał.
- Wiesz, ja naprawdę woziłem ze sobą twoje ciuchy przez te parę dni – powiedział. – Sam.
Nieźle, jak na pożegnanie.

Wybrane dla Ciebie
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ