"Nic nie wiedziałem". Ostatni proces wojennego zbrodniarza
Niemieckie sądy pozwoliły wielu zbrodniarzom wojennym uniknąć kary. Tłumaczono, że winę ponosili głównie przywódcy III Rzeszy. Na przestrzeni kilku dekad to podejście wymiaru sprawiedliwości zaczęło się zmieniać. Przed sądem stawali nawet niscy rangą strażnicy w obozach koncentracyjnych.
W Republice Federalnej Niemiec skazano tylko 6700 nazistów, najczęściej na krótkie wyroki lub grzywny. Sądy wychodziły z założenia, że zbrodnie wojenny zostały rozliczone podczas procesów norymberskich, które odbyły się w latach 1945-1949 oraz w procesach przeprowadzanych poza granicami Niemiec. W jednym z nich, przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Warszawie stanął komendant KL Auschwitz Rudolf Höss.
Ten mural to nowy hit Wrocławia. Hołd dla polskiej noblistki
Przez cały okres rządów w Auschwitz Rudolf Höss osobiście nadzorował proces gazowania więźniów i był odpowiedzialny za funkcjonowanie miejsca masowego mordowania ludzi. Był jednym z nielicznych, jeśli niejedynym hitlerowskim zbrodniarzem, który wziął na siebie odpowiedzialność za popełnione zbrodnie. Nie chował się za plecami przełożonych i przywódców III Rzeszy. Zaznaczył wprawdzie, że czuje się przez nich oszukany, ale przyznał też, że w niczym nie umniejsza to jego winy.
W napisanej w więzieniu autobiografii "Wyznania spod szubienicy", która niedawno ponownie została wydana w Polsce, cztery dni przed egzekucją napisał: "W odosobnieniu więziennym doszedłem do gorzkiego przekonania, jak ciężkich zbrodni przeciwko ludzkości się dopuściłem. Jako komendant obozu zagłady w Auschwitz realizowałem część straszliwych, ludobójczych planów Trzeciej Rzeszy. Za mają odpowiedzialność płacę życiem. (…) Naród polski proszę o wybaczenie. Dopiero w polskich więzieniach poznałem, co to jest człowieczeństwo. Mimo wszystkiego, co się stało, traktowano mnie po ludzku, co mnie do głębi zawstydzało".
W "Wyznaniach spod szubienicy" komendant KL Auschwitz porażający szczery sposób opisuje to, co działo się za ceglanym murem jego pięknej willi z ogrodem, w której mieszkał wraz z żoną i dziećmi. Położonej nie więcej niż 100 metrów od krematorium. Krematorium, obok którego został powieszony w kwietniu 1947 roku.
Rudolf Höss nie należał do przywódców lub ważnych postaci III Rzeszy. Jak nie on, to kto inny sumiennie wypełniałby obowiązki w obozie koncentracyjnym. Jednak bez wątpienia słusznie uważamy jest za jednego z największych niemieckim zbrodniarzy II wojny światowej, który zapracował na swój przydomek "diabeł z Auschwitz".
Całkowitą nowością na rynku wydawniczym jest książka Tobiasa Bucka "Niemieckie rozliczenia z przeszłością" wydawnictwa Czarne. Opisuje ona paradoks niemieckiego sądownictwa, które po wojnie pozwoliło uniknąć sprawiedliwości dziesiątkom tysięcy zbrodniarzy wojennych, a teraz, w ostatnich latach, stawia przed obliczem sądu nawet najniższych rangą strażników obozów koncentracyjnych.
Tobis Buck wiele uwagi poświęcił procesowi 90-letniego Bruno Deya. W przeciwieństwie do Rudolfa Hössa był najdrobniejszym z możliwych trybików w hitlerowskiej machinie zagłady. Był zwykłym strażnikiem w Stutthofie, który trafił tam tylko dlatego, że nie nadawał się do służby na froncie, mimo że w okresie jego poboru, w połowie 1944 roku, Niemcy borykały się z ogromnym niedoborem żołnierzy. 17-latkiem, który całą wojnę spędził na wieży strażniczej i ani razu, jak twierdził, nie użył broni. Ale czy sama praca w obozie nie czyniła go winnym?
Przez dziesięciolecia niemieckie sądy odpowiadały, że nie. Tłumaczyły, że winę ponosili jedynie przywódcy III Rzeszy, którzy zostali osądzeni w procesach norymberskich. Cała reszta, mówiono, wykonywała tylko rozkazy. "Jeden przestępca i sześćdziesiąt milionów nieświadomych niczego pomocników" – ironizował pewien profesor prawa.
W swoim reportażu autor "Niemieckich rozliczeń z przeszłością" analizuje, jak i dlaczego ten sposób myślenia zaczął się zmieniać. Opowiada o procesach, w których po raz pierwszy pojawiło się pytanie o osobistą odpowiedzialność oskarżonych.
Na początku rozprawy Bruno Dey zadał sądowi fundamentalne pytanie: "Na czym polega moja wina?". Przytoczony w książce fragment stenogramu z procesu opowiada na nie:
- Proszę opowiedzieć, co pan tam widział?
- Że prowadzono tam ludzi.
- Do komory gazowej?
- Do komory gazowej, a drzwi zamykano. I że nieco później, nie wiem, ile później, słychać było krzyki i hałasy. Nie wiedziałem dlaczego. Ani ci robili z ludźmi w środku. Nie widziałem.
- A co pan myślał?
- Co myślałem? Myślałem: "Co to może być? Co robią z tymi ludźmi w środku? To myślałem. Ale nie miałem pojęcia, co mogli z nimi robić. (…) Co myślałem, gdy rozlegały się krzyki, a potem zapadała cisza?
Na to pytanie Bruno Dey nie potrafił odpowiedzieć. Na sali zapadła kilkuminutowa cisza.
Przemysław Romanowski, dziennikarz Wirtualnej Polski