Świat śmiał się z K-popu. Teraz nagradza Oscarem
Jeszcze niedawno zachodnia popkultura patrzyła na K-pop z pobłażliwym uśmiechem. Kolorowe fryzury, perfekcyjne układy taneczne, fabryka idoli. A dziś? Film "K-Pop Demon Hunters" zgarnia dwa Oscary, a piosenka "Golden" podbija świat. Żart się skończył, teraz to oni rozdają karty.
Jeszcze kilka lat temu K-pop był dla wielu zachodnich komentatorów czymś w rodzaju egzotycznego mema. Kolorowe teledyski, perfekcyjnie zsynchronizowane układy taneczne i chłopcy o fryzurach, które wyglądały tak, jakby ktoś pomylił salon fryzjerski z paletą Pantone. W najlepszym razie traktowano to jak sympatyczną ciekawostkę z Dalekiego Wschodu, w najgorszym, jak plastikowy produkt fabryki popkultury. A jednak historia popkultury ma jedną cudowną właściwość: uwielbia wystawiać do wiatru tych, którzy zbyt szybko ogłaszają jej granice. Dlatego dziś możemy tylko uśmiechnąć się pod nosem, patrząc na moment, w którym film "K-Popowe łowczynie demonów" odbiera dwa Oscary - za Najlepszy film animowany i Najlepszą piosenkę oryginalną za "Golden".
I nagle okazuje się, że to nie jest już tylko muzyczny eksport z Korei Południowej. To jest globalna kultura.
"K-Popowe łowczynie demonów" brzmi jak tytuł wygenerowany przez algorytm po trzech espresso: trzy gwiazdy popu walczące z demonami, magiczna tarcza tworzona przez muzykę i fanki, które swoją miłością ratują świat. A jednak w tej pozornej absurdalności jest coś niezwykle szczerego. Film opowiada o trio idolów - Rumi, Zoey i Mirze - które prowadzą podwójne życie: z jednej strony są globalnymi gwiazdami K-popu, z drugiej… łowczyniami demonów. Ich piosenki tworzą mistyczną barierę chroniącą świat przed królem demonów Gwi-Ma, a każda kolejna trasa koncertowa jest w istocie kolejną bitwą o los ludzkości.
"Nie dla wojny i wolna Palestyna". Mocny apel na Oscarach
Brzmi jak szaleństwo? Oczywiście. Ale właśnie w tym tkwi sekret sukcesu. Popkultura zawsze była najpotężniejsza wtedy, gdy przestawała przepraszać za własną przesadę.
Ten film działa, bo jest zrobiony z ogromną miłością do szczegółu. Tu nie ma poczucia cynizmu, które często czuć w wielkich hollywoodzkich produkcjach skrojonych pod Oscary jak garnitur z katalogu. Każdy element tego świata - od scen koncertowych po fantastyczne potyczki z demonami - jest dopracowany z fanowską czułością. Bohaterki jedzą przekąski przed występem, w penthousie z gigantycznym logo zespołu planują kolejne ruchy, a gdy wchodzą do walki, w ich dłoniach materializują się błękitne magiczne bronie.
To wszystko jest równie absurdalne, co hipnotyzujące.
Ale prawdziwa siła filmu tkwi gdzie indziej. W muzyce. Piosenka "Golden" nie jest tylko kolejnym numerem w animacji. To globalny fenomen, który żyje własnym życiem poza ekranem. W czasach TikToka, viralowych choreografii i streamingowych list przebojów filmowe utwory rzadko stają się prawdziwymi hitami. Tymczasem "Golden" rozlało się po świecie jak dobrze zaplanowana fala. Miliony odtworzeń, setki tysięcy filmików z tańcem i refren, który wchodzi do głowy szybciej niż reklama chipsów w przerwie meczu.
I nagle Akademia Filmowa robi coś, co jeszcze dekadę temu wydawałoby się niemożliwe: nagradza K-popowego banger’a Oscarem.
Oscars: HUNTR/X Performs 'KPop Demon Hunters' Anthem 'Golden'
To moment symboliczny. Nie tylko dla samego filmu, ale dla całego ruchu kulturowego, który przez lata był traktowany z wyższością. Korea Południowa od dawna inwestuje gigantyczne pieniądze w eksport swojej kultury. Serial "Squid Game" podbił Netflixa, "Parasite" zdobył Oscara za najlepszy film, a K-pop od lat wypełnia stadiony od Los Angeles po Paryż. Zachód przez chwilę udawał, że to tylko chwilowa moda. Tymczasem okazało się, że to system naczyń połączonych - muzyka, seriale, kino, moda i internetowa kultura fanowska.
"K-Popowe łowczynie demonów" jest tego idealnym symbolem. To film, który rozumie zarówno koreańską mitologię, jak i mechanikę współczesnej popkultury. W świecie przedstawionym muzyka idoli tworzy magiczną tarczę chroniącą ludzkość. W świecie rzeczywistym robi coś bardzo podobnego: łączy miliony ludzi w globalną społeczność fanów.
Dlatego gdy ktoś dziś mówi, że to "tylko pop", warto przypomnieć sobie historię popkultury. Beatlesi też byli kiedyś "tylko popem". Madonna też była "tylko popem". Hip-hop przez lata był "tylko modą z ulicy". Każdy nowy ruch kulturowy najpierw budzi drwiny, potem ciekawość, a na końcu… zdobywa Oscary.
Najzabawniejsze jest jednak to, że film "K-Popowe łowczynie demonów" wcale nie próbuje być wielkim manifestem. Nie jest moralitetem o stanie świata ani poważnym esejem o kulturze. To po prostu film, który jest bezczelnie rozrywkowy. Pełen humoru, absurdalnych pomysłów i scen walki, w których dziewczyny z zespołu popowego skaczą przez powietrze, kopią demony i wracają na scenę, żeby zaśpiewać kolejny hit.
A jednak właśnie takie rzeczy najczęściej zostają z nami najdłużej.
Bo kiedy opadnie kurz po oscarowej gali, a akademickie debaty o "poważnym kinie" znów rozleją się po branżowych mediach, gdzieś na drugim końcu świata ktoś włączy "Golden", zacznie tańczyć do refrenu i pomyśli, że to najlepsza piosenka, jaką dziś słyszał. I może właśnie o to chodziło od samego początku.
Bartosz Sąder, dziennikarz Wirtualnej Polski