Być jak Bad Bunny. Spektaklu na Super Bowl nie da się zagłuszyć [OPINIA]
Bad Bunny zrobił na Super Bowl coś, czego wielu nie mogło znieść: nie tłumaczył się, kim jest. Nie przepraszał za język, pochodzenie ani emocje. Zamiast kompromisu dał precyzyjny, głośny i bardzo świadomy manifest. I przy tym piekielnie wyśmienity show.
Bad Bunny jest dziś wszędzie i nie dlatego, że akurat "trafił w algorytm". Jego występ podczas Super Bowl był jednym z tych momentów, po których popkultura przestaje być bezpieczna, a zaczyna być niewygodna. I właśnie dlatego tak wielu ludzi próbowało go natychmiast rozbroić: sprowadzić do "kontrowersji", "polityki" albo klasycznie do "niepotrzebnego zamieszania". Problem w tym, że to był po prostu wybitnie zaplanowany show. Jeden z najlepszych, jakie ta scena widziała.
Benito doskonale wiedział, że kilkanaście minut na Super Bowl to nie czas na półśrodki. Tu nie wystarczy wyjść, zaśpiewać hit i zniknąć w dymie konfetti. To jest jedna z największych scen świata i albo ją wykorzystasz, albo ona wykorzysta ciebie. Bad Bunny wybrał pierwszą opcję. Jego występ był gęsty od znaczeń, ale przy tym bardzo komunikatywny. Nic się tu nie działo "bo fajnie wygląda". Każdy obraz, każdy ruch kamery i każdy utwór miał swoją funkcję.
Żyjemy w świecie, w którym coraz trudniej udawać, że sztuka i polityka to dwa osobne byty. Wojny, kryzysy, przemoc systemowa, to wszystko przenika do kultury, czy ktoś tego chce, czy nie. Muzyka od zawsze była jednym z najczulszych sejsmografów społecznych napięć. Tak było w Polsce w czasach cenzury, tak jest w Ukrainie, tak jest dziś w Stanach Zjednoczonych. I Bad Bunny doskonale o tym wie.
Poruszający apel aktorki. Mówi o przeciwnikach osób transpłciowych
Ameryka od miesięcy oglądają nagrania, na których ICE traktuje ludzi jak problem logistyczny, a nie jak istoty ludzkie. Deportacje, strach, rozbite rodziny, to nie jest margines rzeczywistości, tylko jej codzienność. Bad Bunny nie wyszedł na scenę z transparentem. Zrobił coś dużo sprytniejszego i bardziej bolesnego: po prostu pokazał Amerykę, której część wolałaby nie widzieć. Amerykę zbudowaną z języków, akcentów i historii, które nie pytają o zgodę.
I nie, to nie był "atak na Amerykę". To był atak na iluzję, że Ameryka jest jednorodna. Nawet jeśli nie podoba się to Donaldowi Trumpowi i jego fanom, fakty są uparte: Stany Zjednoczone nigdy nie miały jednego języka, jednej kultury ani jednej tożsamości. Hiszpański na Super Bowl nie był prowokacją. Był przypomnieniem rzeczywistości, z którą część odbiorców nie chce się pogodzić.
Jednocześnie ten występ broni się w stu procentach artystycznie. To był pokaz klasy. Reżyseria nie gubiła rytmu, kamera nie panikowała, scenografia nie przytłaczała. Wszystko było na swoim miejscu. Dynamiczne, ale czytelne. Efektowne, ale nie chaotyczne. W czasach, gdy wielkie widowiska często mylą rozmach z krzykiem, Bad Bunny postawił na precyzję.
Benito od dawna nie jest już "gwiazdą reggaetonu". Jest figurą kulturową. Głosem Portoryko na scenach, na które portorykańska historia rzadko bywa zapraszana. I zanim jeszcze padła pierwsza nuta, pojawiły się zarzuty: że po hiszpańsku, że za bardzo "tożsamościowo", że NFL "poszła za daleko". Jakby Portoryko nie było terytorium USA, a latynoska obecność wciąż musiała się legitymować.
Najzabawniejsze i jednocześnie najsmutniejsze, w całej tej dyskusji było oburzenie na język. Padały hasła o "nieamerykańskości", jakby ktoś naprawdę wierzył, że Ameryka ma jeden, oficjalny głos. Tymczasem problemem nie był hiszpański Benita. Problemem była niechęć do zaakceptowania kraju takim, jaki jest - wielojęzycznym, wielokulturowym i nie do końca wygodnym.
Sam występ był opowieścią o wolności, ale nie tej z podręczników. Chodziło o wolność codzienną: do bycia sobą, do mówienia własnym językiem, do nieprzepraszania za swoje korzenie. Dom w centrum sceny, zwykli ludzie, fragmenty życia zamiast pomnika, to nie była stylizacja. To była normalność, której rzadko daje się mikrofon.
Goście nie przyćmiewali Bad Bunny’ego, bo nie mieli tego robić. Byli częścią wspólnoty, a nie pokazem siły nazwisk. Kulminacja z klasykami reggaetonu była jasnym sygnałem: ta muzyka ma swoją historię i swoje fundamenty. Benito nie udaje, że wymyślił wszystko od zera. On niesie to dalej świadomie i odpowiedzialnie.
To był występ o godności. O prawie do istnienia bez ciągłego tłumaczenia się większości. W świecie, który coraz częściej pyta, komu wolno być głośno, Bad Bunny odpowiedział bez krzyku: wolność nie polega na dominacji, tylko na uznaniu. I właśnie dlatego ten show zabolał tak bardzo. I właśnie dlatego był tak dobry. I może właśnie dlatego wszyscy powinniśmy być chociaż troszkę jak Bad Bunny.
Bartosz Sąder, dziennikarz Wirtualnej Polski