Nieposkromiona energia i autentyczność w wydaniu Gen Z, czyli pierwszy koncert sombra w Polsce [RELACJA]
Miliardy wyświetleń, występy na najważniejszych muzycznych galach i tysiące fanów na całym świecie. Kariera sombra rozwija się w zawrotnym tempie, a warszawski koncert tylko potwierdził, że 20-letni artysta ma przed sobą naprawdę poważną przyszłość na scenie.
Pojawił się właściwie znikąd i sukces osiągnął z prędkością światła. Złośliwi twierdzą, że sombr to kolejny "produkt" wielkiej wytwórni, a karierę "załatwili mu" zamożni rodzice. Nawet jeśli w tych opiniach można doszukiwać się ziarna prawdy, Shane’owi Boosowi - bo tak naprawdę nazywa się amerykański artysta - trudno odmówić talentu, charyzmy i magnetyzmu. Liczby mówią same za siebie: na samym Spotify zgromadził niemal cztery miliardy odtworzeń, mając na koncie zaledwie jeden album i EP-kę. Kilka tygodni temu zadebiutował na scenie Grammy, a w Dzień Singla po raz pierwszy zaprezentował się warszawskiej publiczności.
Żerują na tragedii Kennedych? Aktorka reaguje na zarzuty
W niedzielny wieczór Klub Stodoła wypełnił się po brzegi. Część zgromadzonych czekała na ten moment miesiącami, marząc o pierwszym spotkaniu z idolem. Inni - jak ja - przyszli sprawdzić, czy sombr rzeczywiście zasługuje na miano jednego z najgorętszych nazwisk współczesnego alt-popu i indie-rocka. Dominacja osób urodzonych w XXI wieku nie była zaskoczeniem - chaotyczny, nonszalancki wizerunek twórcy "homewrecker" wyraźnie rezonuje z pokoleniem Gen Z. sombr nie udaje, że tworzy dla wszystkich, choć jego piosenkom trudno odmówić chwytliwości i radiowego potencjału.
Koncert rozpoczął się z kilkuminutowym opóźnieniem, ale gdy tylko artysta i jego - naprawdę świetny - zespół pojawili się na scenie, w klubie wybuchła euforia. Już przy pierwszych taktach "i wish i knew how to quit you" publiczność skandowała tekst od pierwszego do ostatniego słowa. Oprawa była minimalistyczna, jednak nieposkromiona energia 20-latka w zupełności wystarczyła, by porwać tłum. Na scenie pojawiła się scenografia z panoramą rodzinnego miasta artysty, Nowego Jorku, a całość dopełniały efektowne światła i ogromna kula dyskotekowa.
Jedną z największych zalet koncertu była jego przekrojowość. W trakcie półtoragodzinnego występu fani mogli usłyszeć niemal cały dotychczasowy dorobek artysty - od hitów "we never dated", "back to friends" i "undressed" po viralowy utwór "caroline", napisany przez sombra w wieku 16 lat, który otworzył mu drzwi do międzynarodowej kariery.
Nie zabrakło też momentu zaskoczenia. W pewnym momencie klasyczne brzmienie zespołu ustąpiło miejsca trapowemu bitowi, a sombr zaintonował refren utworu Lil Yachty’ego "I Took the Wock to Poland", imponując przy tym falsetem. Artysta zeskoczył ze sceny, by przybić piątki z fanami, a w krótkiej, emocjonalnej przemowie wyznał miłość polskiej publiczności i podziękował "dzieciom, które przyprowadziły do klubu swoich rodziców". Kulminacją wieczoru był finałowy "12 to 12" - emocje sięgnęły zenitu, a Stodoła rozbłysła kolorowymi światłami w klimacie lat 80.
Nie wszystko było jednak idealne. Osoby liczące na rozbudowane anegdoty i częsty kontakt z publicznością mogły poczuć niedosyt - interakcje ze sceny były raczej oszczędne. Momentami artysta korzystał także z efektu delikatnie tłumiącego wokal, co mogło nie przypaść do gustu części słuchaczy. Największym minusem okazała się jednak sama przestrzeń. Stodoła ma swój klimat i intymność, ale sombr - mimo że dopiero buduje swoją pozycję - spokojnie mógłby wypełnić większy obiekt. Hala Expo, a nawet Torwar, wydają się w jego zasięgu. Pozostaje mieć nadzieję, że wkrótce zobaczymy go na jednej z dużych festiwalowych scen nad Wisłą.
Bez fajerwerków, konfetti, tancerzy i spektakularnych zmian strojów - za to z ogromną energią, świetnym zespołem i autentycznością, która stanowi jego największą siłę. Pierwszy, ale z pewnością nie ostatni koncert sombra w Polsce rozbudził apetyt i przekonał sceptyków, że warto uważnie śledzić jego dalsze artystyczne kroki.